Narciarstwo alpejskie. Jakie majtki można wkładać, czyli jak FIS zakończy aferę bieliźnianą?

- Trzeba zmienić przepisy. Dla wszystkich musi być jasne, że zakładanie bielizny z elementami plastiku, jest zakazane - zagrzmiał w środę Gian Franco Kasper, prezes Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) próbując zakończyć spektakularną aferę, w której w głównej roli występuje to, co narciarze zakładają pod kombinezony. - Sprawa jest poważna, mówimy o czymś w rodzaju dopingu - mówi zupełnie poważnie Szwajcarski zjazdowiec Didier Cuche.

Afera jest spektakularna, bo odkąd Słowenka Tina Maze rozebrała się na mecie supergiganta we włoskiej Cortinie d'Ampezzo, żeby pokazać na swoim sportowym biustonoszu napis „Nie wasz interes”, piszą o niej wszystkie światowe media na czele z „New York Timesem”.

Maze zaprotestowała przeciwko kontroli, jakiej musiała zostać poddana jej bielizna po wcześniejszych zawodach w austriackim Bad Kleinkirchheim. Szwajcarzy złożyli oficjalny protest, że Słowenka pod kombinezonem zakłada strój, który częściowo nie przepuszcza powietrza, dzięki czemu na stoku może rozwijać większą prędkość.

Testy wykazały, że Maze nie nagięła przepisów. Jej bielizna poddana działaniu wody pod odpowiednim ciśnieniem przepuściła bowiem 30 litrów na metr kwadratowy na sekundę, co oznaczało, że jej strój spełniał obowiązujące minima przepuszczalności.

Kontrowersje jednak pozostały, bo szybko okazało się, że bieliznę z elementami plastikowymi testują też inne ekipy. Wśród czołowych teamów miał ponoć zapanować istny wyścig zbrojeń.

- Przepis nie jest wystarczająco jasny, bo mówi o przepuszczalności całkowitej, ale chodzi też o to, żeby w bieliźnie nie wykorzystywać nawet elementów o zerowej przepuszczalności, np. plastikowych wstawek. To nie jest jasne. Plastik nie może być elementem stroju - powiedział agencji AP Gian Franco Kasper, prezes Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS).

FIS, choć nie ukarał Maze, wydał więc oświadczenie, że sugeruje, żeby powstrzymać się od ubierania podobnych strojów pod kombinezony, bo zagraża to zdrowiu zawodników. Skóra nie może bowiem oddychać swobodnie.

Korespondent „New York Timesa”, opisywał we wtorek, że FIS poszedł jeszcze dalej. Przytoczył, jak wyglądało spotkanie Gunthera Hujary, szefa męskiego Pucharu Świata z trenerami w Kiztbuehel, gdzie niebawem odbędą się kolejne zawody. „Hujara chodził, trzymając w ręku kawałek niebieskiego materiału, i mówił, że jeśli tylko zobaczy u kogoś coś takiego, natychmiast będzie dyskwalifikował” - napisał „NY Times”

Amerykański dziennik podkreśla, że przypadek Maze tylko nagłośnił problem, w którym w rzeczywistości chodzi nie o oddychanie skóry i zdrowie, ale technologiczny wyścig. Bielizna Maze w rzeczywistości była mało zaawansowana, ale w męskim PŚ pojawiły się już specjalne poliuteranowe kombinezony w stylu tych, jakimi koncerny produkujące sprzęt pływacki rywalizowały o worki medali i rekordów świata na basenach. High-techowa bielizna spełnia obecne przepisy przepuszczalności, ale nawet dzięki niewielkiemu jej obniżeniu może dawać przewagę. A w narciarstwie alpejskim o zwycięstwie decydują często setne części sekundy.

- To jest jak doping. To psucie sportu, rywalizacja musi być jasna - mówi otwarcie Didier Cuche, czołowy szwajcarski zjazdowiec. Ponoć FIS zdał sobie sprawę z problemu już w grudniu, gdy Włosi testowali specjalne stroje zakładane pod kombinezony w Val Gardenie. - Sprawa wymaga wyjaśnienia i doprecyzowania przepisów. Czy to, co niektórzy zakładają pod kombinezon to jeszcze jest bielizna? Poza tym, nie chodzi tylko o bieliznę. Przepuszczalnością można manipulować stosując różne kombinacje stroju i bielizny, to też trzeba wyjaśnić - podsumował Sasha Rearick, główny trener US Ski Team.

qbi, NY Times