Nowe przepisy na narciarskich stokach. Znasz?

Na polskie stoki z końcem zeszłego roku weszły nowe przepisy. Ich twórcy liczą na zwiększenie bezpieczeństwa. Górale zapewniają, że nie ograniczą wygody turystów w podhalańskich ośrodkach.

Ustawa o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich, która weszła w życie 31 grudnia 2011r., po raz pierwszy porządkuje w całości działalność ratowników górskich i funkcjonowanie ośrodków narciarskich. Do tej pory kwestie te porozrzucane były po licznych ustawach i rozporządzeniach, a niektóre sprawy w ogóle się w nich nie pojawiały. Nowe obowiązki dokument nakłada zarówno na gestorów stoków, jak i na samych narciarzy.

Kaski dla najmłodszych

Każdy narciarz lub snowboardzista, który nie ukończył 16 lat, musi jeździć w kasku. Taki obowiązek widniał już w ustawie o kulturze fizycznej, ale tylko przez dwa miesiące. Wówczas obowiązkowo kask musiały mieć na głowie dzieci do 15. roku życia. - Na ten temat trwały burzliwe dyskusje, ale w końcu zastosowaliśmy się do sugestii policji. Od 17. roku życia człowiek odpowiada już sam za siebie na podstawie kodeksu wykroczeń - mówi Piotr Van der Coghen, poseł PO, przewodniczący podkomisji, która pracowała nad ustawą. Zapewnia, że nie chodzi jednak o legitymowanie narciarzy na stoku. - Ubieranie dzieciom kasków można egzekwować od szkółek narciarskich, organizatorów obozów. Patrol policji górskiej może sprawdzić, czy instruktor zadbał o takie zabezpieczenie. A co z rodzicami? Nie będzie mandatów ani kontroli. Nowe przepisy mają ich jednak zmotywować finansowo, bo jeżeli dojdzie do wypadku, a dziecko nie miało kasku, ubezpieczyciel może wycofać się z zawartej umowy - tłumaczy Van der Coghen. - Przepis będzie tylko potwierdzeniem dotychczasowych działań. Wraz z policją i ośrodkami narciarskimi od lat namawiamy do jazdy w kaskach. Z coraz większym powodzeniem - dodaje Mariusz Zaród, naczelnik Grupy Podhalańskiej GOPR.

Limity na stokach

Spore zamieszanie wywołało już rozporządzenie do ustawy wydane przez ministra spraw wewnętrznych, które określa dopuszczalne obciążenie stoków - mówiące, ile przestrzeni powinno przypadać na jednego narciarza. I tak na trasach łatwych to minimum 200 m kw., na trudnych - 300 m kw., a na bardzo trudnych - 400 m kw.

Twórcy przepisów zaznaczają jednak, że nikt nie będzie kazał liczyć narciarzy. Zapis ma temperować pokusę stawiania coraz szybszych wyciągów w miejscach, gdzie nie ma wystarczająco dużo miejsca do jazdy. - Przepis ma regulować zwłaszcza nowe inwestycje i modernizacje, zapobiegając sytuacji, w której ktoś na wąskim, krótkim stoku stawia w miejsce orczyka sześcioosobową kanapę bez poszerzania terenu do jazdy. Jeśli dojdzie do kolizji, poszkodowany może wytoczyć właścicielowi ośrodka proces i na tej podstawie go wygrać - wyjaśnia Van der Coghen. Właściciele wyciągów zapewniają, że już teraz do norm się stosują i komfort jazdy po Nowym Roku się nie zmieni.

Ratownicy narciarscy

Ustawa tworzy też nowy zawód - ratownika narciarskiego. Może nim być właściciel albo pracownik stacji, który ukończy kwalifikowany kurs pierwszej pomocy i kurs transportu na stoku narciarskim w dowolnej jednostce ratownictwa górskiego. Ale ratownik musi być przy każdym wyciągu. Do tej pory monopol na udzielanie pomocy na polskich stokach mieli ratownicy GOPR i TOPR. - Według naszych wyliczeń tylko 30 proc. ośrodków miało ratownika. Sam byłem świadkiem, jak w jednej ze stacji obsługa na drabinie znosiła ze stoku połamaną dziewczynę. Większe wyciągi pewnie nadal będą korzystać z usług profesjonalnych ratowników, małe przeszkolą własnego pracownika do udzielania pomocy, a średnie może stworzą własne służby ratownicze. Tak dzieje się w Alpach - zakłada Van der Coghen.

- Do tej pory korzystaliśmy z usług TOPR i to się nie zmieni. Choć to dodatkowe koszty dla stacji, to nie wyobrażam sobie oszczędzać na ratownikach - mówi Roman Krupa ze stacji Witów-Ski.

Bez alkoholu na stoku

Od stycznia kończy się też pobłażliwość dla jazdy pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Właściciel ośrodka może taką osobę wyprosić ze stoku albo wezwać policję. - We krwi można mieć 0,5 promila, czyli nikt nie zabrania napić się grzańca, ale jeśli gestor widzi, że ktoś wypił ich 10, skarżą się inni narciarze, może interweniować - mówi Van der Coghen.

Poseł podkreśla, że nie będzie jeżdżenia z alkomatem, ale w ewidentnej sytuacji właściciel wyciągu nie będzie bezsilny. - Już wcześniej korzystaliśmy z takiego rozwiązania, bo przecież stok jest terenem prywatnym, ale ustawa daje jasną podstawę do działania - przyznaje Krupa.

Nowa ustawa nie pozostawia też miejsca na dowolność w innych kwestiach. Narciarz musi zadbać o to, by sprzęt, z którego korzysta, był w pełni sprawny i ustępować pierwszeństwa na stoku ratownikom, niezależnie od tego, czy zjeżdżają na nartach z akią czy skuterem. Przepisy mają położyć też kres byle jak oświetlonym stokom. Żeby właściciel mógł reklamować się, że u niego można jeździć po zmierzchu, musi zapewnić oświetlenie zgodne z rozporządzeniem MSW, a gdy naśnieża trasę, musi ją zamknąć na ten czas dla narciarzy.

 

Chcesz dowiedzieć się, jak bezpiecznie jeździć na nartach? Skorzystaj z bezpłatnych lekcji przygotowanych przez Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN. Już 22 stycznia na terenie całej Polski świętujemy Światowy Dzień Śniegu!