Tyrol Wschodni: prawie 1000 km tras

- Urządzimy sobie ski-safari - zapowiada kolega... Nie, nie o polowanie na nartach tu chodzi, lecz o możliwość jeżdżenia codziennie w innej okolicy. Na południu Austrii są ku temu doskonałe warunki - jeden karnet, a do wyboru 955 km nartostrad i 298 wyciągów w 35 miejscach.

Naszą bazą wypadową będzie Lienz - stolica Tyrolu Wschodniego. Miasto jest pięknie położone: od północy otaczają je typowe alpejskie szpice; od południa szczyty są charakterystycznie postrzępione - to Lienzkie Dolomity. Na mapkach nartostrad napisy są najczęściej po niemiecku, angielsku i włosku.

Minusem jest odległość: Warszawę dzieli od Lienzu aż 1200 km. Ale są i plusy. We wschodnim Tyrolu nie ma tłumów jak gdzie indziej, jest spokojnie i kameralnie. Jest tu najwięcej dni słonecznych z całej Austrii. Podczas gdy na północy kraju szaleją śnieżne zamiecie, w Tyrolu Wschodnim śmiało możemy połączyć narty z opalaniem.

40 km nartostrad i 40 armatek

Lienz jest całkiem spory (13 tys. mieszkańców). Mieszkając w jego centrum, nie mamy szans, by założyć narty już na progu domu. Do wyciągów można podjechać darmowymi ski-busami, które kursują często i według rozkładów. Najpierw jednak należy podjąć decyzję - gdzie chcemy zjeżdżać? Do wyboru są dwie góry po obu stronach rozległej doliny. Bardziej wymagające trasy leżą w rejonie Hochstein (tu właśnie co dwa lata rozgrywane są zawody Pucharu Świata w Narciarstwie Alpejskim Kobiet). Trasy - czerwone i czarna - są fantastyczne, ale jest ich zaledwie kilka i obsługują je tylko cztery wyciągi.

Większy wybór nartostrad mamy na Zettersfeld. Tu od górnej stacji gondolek (1812 m n.p.m.) rozchodzą się dalsze wyciągi, z których najwyższy dociera na 2278 m n.p.m. Dbając o wygodę narciarzy, zainstalowano ostatnio szybkie, sześciosobowe krzesła z pokrywami z pleksi. Zastąpiły orczyk, za którym nie wszyscy przepadają (a już na pewno nie rodziny z małymi dziećmi czy początkujący narciarze). Stoki są szerokie, raczej łatwe i średnio trudne, niebieskie i czerwone.

W sumie rejon Lienz oferuje 40 km nartostrad, prawie wszystkie mogą być sztucznie dośnieżane - w pogotowiu czeka 40 armatek. Ale od listopada do kwietnia warunki śniegowe w Tyrolu Wschodnim są zazwyczaj bardzo dobre.

Gdybyśmy jednak mieli pecha, pamiętajmy o objętym ski-passem lodowcu Mölltarel. To już wprawdzie obszar Karyntii, ale odkąd obydwa kraje związkowe - Tyrol Wschodni i Karyntia - utworzyły tzw. Top Ski Pass, podziały administracyjne nie mają znaczenia.

Śnieżna pustynia św. Jakuba

Bardzo miłym, choć niezbyt rozległym narciarskim terenem jest też Brunnalm-St. Jakob in Defereggen. I tu zaczynamy od gondolek; startują z St. Jakob. Później przesiadamy się na orczyki i krzesła dojeżdżające do 2525 m n.p.m. Na jednej z tras ustawiono slalom gigant, a za 1 euro fotokomórka zmierzy nam czas. To tzw. WISBI, czyli skrót od niemieckich wyrazów "jak szybki jestem?".

Także w Brunnalm-St. Jakob in Defereggen stoki są szerokie, przypominają śnieżną pustynię. Wytyczono na nich 27 km tras.

W przerwach między zjazdami możemy podziwiać okolicę - widać m.in. Grossglocknera, najwyższy szczyt w całej Austrii (3798 m n.p.m.). Mając karnet Top Ski, możemy pojeździć całkiem blisko tej pięknej góry. W tym celu warto wybrać się do miejscowości Kals, ok. 30 km od Lienz

Dużo czerwonych

Spośród siedmiu regionów Tyrolu Wschodniego, które obejmuje Top Ski Pass, moim ulubionym stał się Hochpustertal Sillian. Najlepiej czują się tu ci, którzy jeżdżą już jako tako, bowiem z 45 km tras większość stanowią czerwone. Ucieszą się snowboardziści - mogą bowiem popróbować akrobacji w tzw. fun parku.

Najwyższy dostępny dla narciarzy szczyt to Thurntaler (2407 m n.p.m.), wjeżdża się nań rekordowo długim orczykiem.

Udany dzień na stoku - bo nieudany przy tak dobrze przygotowanych trasach być nie może - najlepiej zakończyć przy dolnej stacji gondoli, w barze pod tzw. parasolem (który bardziej przypomina namiot). Atmosfera typowa dla austriackiego apres ski - tłum ludzi w narciarskich strojach podryguje w rytm tyrolskiej muzyki i chóralnie śpiewa o Antonie "aus Tirol". Do tego sznapsy, piwo, grzane wino i jagatee, czyli "herbata z prądem". Jakiś Austriak pyta mnie, skąd jestem i krzyczy "Małysz", a za chwilę chwali się, że jest sąsiadem Franza Klammera, słynnego narciarza, mistrza olimpijskiego w zjeździe z 1976 r. Więc wznosimy toast za obydwu sportowców.

Wyjeżdżając z Sillian, widzimy stojący na wzgórzu imponujący zamek. Na południu Austrii takich budowli jest mnóstwo. W niektórych są muzea lub restauracje, inne to prywatne posiadłości. Podobne zamczysko jest również w Lienz, pamięta XIII w. Dziś mieści w nim galeria znanego tyrolskiego malarza Albina Eggera-Lienza (zmarł w 1926 r.), który stąd właśnie pochodził. Na miejskiej starówce stoi jego pomnik. Po nartach warto poświęcić chwilę na spacer wśród zabytkowych kamienic.