Sport.pl

Narty we Włoszech. Piorunem przez Dolomity

Śniegu mnóstwo, słońce coraz wyżej, za to ceny karnetów właśnie spadły - najlepszy moment na narty!
Może to tylko szczęście, ale zimą południowy Tyrol zawsze mnie rozpieszcza! Tuż przed przyjazdem pada śnieg i w nocy ratraki mają lemiesze pełne roboty - krążą po górach niczym świetliki. Od rana pracuje już tylko słońce i nawet na dużych wysokościach temperatura zbliża się do zera. Stoki pokrywa ubity puch, pod spodem zaś mrozi firn. Nie mogę się doczekać, kiedy przypnę narty...

***

Jesteśmy w Speikboden - zaledwie siedem wyciągów, dwadzieścia parę kilometrów tras (www.speikboden.it). Zalety? Położony na uboczu ośrodek nawet w weekendy świeci pustkami. Niemal wszystkie trasy oznaczono na czerwono i czarno, tylko paręset metrów nadaje się dla początkujących. Do tego wypożyczalnia, w której bez kolejki dobierzemy świetny sprzęt. Buty leżą jak ulał, ale prawdziwy rarytas to deski Black Thunder, ręcznie szlifowane w małej firmie z San Valpurga koło Merano (www.black-thunder.it).

Wyciągiem można się dostać najwyżej na 2400 m. Val Aurina, wcinająca się głęboko w Austrię, chowa się w szpilkowym lesie. To jeden z najdalej na północ wysuniętych zakątków Włoch, ale powiewa tu tylko biało-czerwona flaga Tyrolu. Po obu stronach granicy mówi się niemieckimi dialektami, tak samo jodłuje, tańczy i je - choć po tej stronie pije się pewnie więcej wina, szczególnie Vernatscha (czerwone) i Gewürztraminera (białe). Na południu rozciąga się zaś Val Pusteria, a za nią - jak na dłoni - całe Dolomity z błyszczącym lodowcem na Marmoladzie (3342 m).

Na górze 160 cm śniegu, ale, co ważniejsze, na dole aż pół metra, można więc śmigać prawie 10 km bez przystanku. Moje "czarne pioruny" rwą się do jazdy. Przy takim wysiłku szybko zaczynają boleć zastane mięśnie i dopada wilczy głód. Na lunch wybieramy jedyną gospodę, w której wszędobylskie disco ściszono do minimum. Dudnią za to narciarskie buty na drewnianych schodach, brzęczą sztućce. Na stołach sery, dziczyzna, zupa z pęczaku i przeróżne pasty. Na pięterku czeka parę pokoi - w szczycie sezonu za 36 euro można wynająć apartament dla dwóch osób. Miejsce idealne, bo dojechać można i samochodem, i na nartach (www.schuesslerhof.it).

***

Po południu brzuchy pełne, śnieg miękki, a zmęczone słońce szybko wędruje ku grani. Wszyscy po cichu marzą już o spa - odkryty basen z gorącą wodą, olejki, leżaki... Nic nie przywraca sił tak jak sauna, z której można wyskoczyć prosto na dwór. W naszym hotelu (www.feldmilla.com) obwieszonym zdjęciami Reinholda Messnera (ur. 1944 w pobliskim Funes, pierwszy zdobywca korony Himalajów) odpocząć można też w winiarni i restauracji z zabytkowym kołem zamachowym. Właściciel pokazuje nam na zdjęciach, jak demontował je z młyna, który w latach 20. XX w. produkował kilkadziesiąt kilowatów prądu. Dziś zastępuje go nowoczesna elektrownia wodna zaopatrująca w energię pół miasteczka.

Campo Tures leży na skraju zupełnie płaskiej doliny Pusteria. Jak większość osad w tym bogatym regionie stawia na ekologię i turystykę, udanie łącząc je z tradycją. Górale, choć między sobą używają dialektu, równie swobodnie porozumiewają się po angielsku. Na podjazdach kamiennych domów stoją sportowe samochody, a nad ich spadzistymi dachami góruje zamek. W średniowieczu bronił dostępu do Val Aurina, teraz maestri di sci (instruktorzy) urządzają tu dla dzieci popołudniowe zabawy z duchami.

Nasze apres-ski czeka na wysokości 1700 m. Do Rio Bianco docieramy samochodem w kwadrans, ale na kolację trzeba zasłużyć jeszcze godzinnym marszem pod górę. Na końcu lasu wyłania się hala, a na niej kilka chatek zbitych z grubych bali. Wewnątrz ścisk i wesoły gwar. W ruch idzie akordeon, piszczałki, blaszane talerze na kosturach, wymyślne tarki. Zbici w pięć osób przy tycim stoliku obserwujemy gospodynię, która na opalanej drewnem kuchni szykuje zupę z pokrojonym w paski omletem, gulasz, tyrolskie knedle (kulki z namoczonej w mleku suchej bułki z dodatkami, podawane w rosole lub słodkim sosie), placki ziemniaczane i naleśniki z konfiturami. Czeka jeszcze kawa i sznaps, ale księżyc już przeziera przez zaparowane okienko i zaprasza na sanki. Zjazd krętym torem w świetle czołówek - co za frajda!

***

Rankiem ruszamy do Val Gardeny (1,5 godz. jazdy). Nawleczone na nitkę szosy trzy miejscowości - Ortisei, Santa Cristina i Selva - tworzą jeden ośrodek: 83 wyciągi, 175 km tras zjazdowych i 115 biegowych (www.valgardena.it). Nie zdejmując nart, można dostać się na Sella Rondę, największą (500 km) pętlę narciarską świata, wokół malowniczego masywu Sella. Ale to nie wszystko. Jeden skipas (sześć dni za 198 euro, do 8. roku życia - za darmo, sezon trwa do 11 kwietnia) obejmuje aż 12 ośrodków z 1200 km stoków! Val Gardena znana jest przede wszystkim z trasy Saslong, gdzie w grudniu rozgrywane są zawody FIS w zjeździe i supergigancie (www.saslong.org). Na rozgrzewkę wybieram łagodniejszy wariant B, ale oba przygotowane są perfekcyjnie, więc bez strachu przenoszę się na pucharowy A. Trudno tylko uwierzyć, że zawodnikom cały przejazd zajmuje zaledwie dwie minuty...

Z górnej stacji wyciągu krzesełkowego można dostać się do Plan de Gralba i kontynuować zabawę na zatłoczonej Sella Ronda lub - co polecam - kolejką linową przeskoczyć pod Piz Sella i dalej nartostradą na Monte Pana. Ludzi o wiele mniej, a strome stoki dają tyle samo radości. Na oślej łączce idealne warunki dla dzieci. Trzy- i czterolatki w obowiązkowych kaskach samodzielnie korzystają z orczyków i odważnie śmigają w dół pod okiem instruktorów. Maluchy można zostawić na cały dzień także w szkółkach zorganizowanych przy niektórych hotelach w całej dolinie (www.familienhotels.com). Maestro di sci nie tylko nauczy pierwszych kroków na nartach, ale też wyczaruje cukierki, a jak trzeba, to i nakarmi.

Saslong, od którego nazwę zapożyczyły zawody FIS, to górująca nad okolicą naga skała wysoka na 3181 m. Jej kolor zmienia się w zależności od pory dnia, a kształt - od strony, z której patrzymy. Z Monte Pana wydaje się pojedynczym szczytem, z Col Rodella widać już trzy. Po ladyńsku jej nazwa znaczy tyle co "długa skała". Swoją drogą z tym językiem miejscowi Retoromanie mają nie lada kłopot. Posługuje się nim ok. 18 tys. osób, ale występuje on w co najmniej sześciu, dość zróżnicowanych słownikowo dialektach. Do tego dochodzą różne odmiany niemieckiego sąsiadów z północy. Dawniej doliny skutecznie izolowały, dziś nie stanowią społecznej granicy. Dlatego tworzy się wiele mieszanych rodzin, które dla ułatwienia przestawiają się na niemiecki lub włoski. W tym ostatnim porozumiemy się na pewno w schronisku Comici (www.pizsella.com). Jego właściciel pochodzi znad Adriatyku i co drugi dzień dostarcza na tutejsze stoły świeże owoce morza. Grillowany tuńczyk smakuje niebiańsko, nie tylko ze względu na wysokość (2300 m). Warto jednak zostawić sobie miejsce na tiramisu - trzeba je tylko zamówić parę dni wcześniej, bo nigdy nie starcza dla wszystkich...

Na koniec zaglądamy na drugą stronę doliny Gardena. Minimetro w Santa Cristina zawozi nas wprost pod dolną stację kolejki linowej na Col Raiser, a dalej krzesełkiem dostajemy się na Secedę (2518 m). Po wschodniej stronie mamy trudno dostępny zimą park narodowy wokół masywu Odle, a po zachodniej - dziesięciokilometrową nartostradę do Ortisei. Szerokie południowe stoki Secedy oferują słońce i wspaniały widok na Saslong oraz Sellę. 28 marca odbędzie się tu, jak co roku, Gardenissima. To najdłuższy slalom gigant na świecie - 6 km, 88 bramek, 1000 m różnicy wysokości. Pierwsza część to przejazd równoległy, na drugą wyrusza już tylko szybszy z pary narciarzy. Choć uczestnicy startują w różnych kategoriach, najciekawsze jest to, że amatorzy mogą zmierzyć się z zawodowcami (www.gardenissima.eu).

***

Trzy dni na "czarnych piorunach" minęły błyskawicznie. Z południowego Tyrolu, oprócz opalenizny, przywiozłem karnet. Na stronie www.dolomitisuperski.com wpisuję jego numer, dzięki czemu poznaję rozbudowane statystyki moich wyczynów na stokach. Wciąż myślę o nartach, a przecież zbliża się wiosna, może więc pora odkurzyć rower? Czerwcowy wyścig kolarski wokół Selli (www.sellarondahero.com) to dopiero wyzwanie!

Więcej na: www.suedtirol.info

Komentarze (1)
Narty we Włoszech. Piorunem przez Dolomity
Zaloguj się
  • marta_ski

    0

    Fajny artykuł, widać lekkie pióro Autora:) Ostatnio na moim narciarskim blogu powstał wpis o włoskim Val di Sole, zainteresowanym podsyłam link: skiholiday-blog.blogspot.com/2015/03/dolina-sonca-czyli-woskie-val-di-sole.html Pozdrawiam:)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX