Narty w Austrii - Stubaital. Ucieczka z lodowca

Mgła i wichura? Noc na sankach was ukoi!
Dopinam buty. Przede mną opada w dół białe, szerokie niczym boisko pole, ostre wysokogórskie powietrze orzeźwia aż za bardzo, skrzy się w słońcu zostawiony przez ratrak wzór, który przypomina starannie uczesane ścieżki japońskich ogrodów...

Nic z tego. Luty 2010 pokazuje pazur. Dziś mogę sobie tylko tak pomarzyć, siedząc w rozkołysanej przez zadymkę gondoli. Wieje tak wściekle, że wagoniki zwalniają, a podróż trwająca zwykle kwadrans wydłuża się dwukrotnie.

Kolejny dowód na to, że na statystyce nie można polegać. Wynika z niej przecież, że w całym sezonie na Stubaier Gletcher zdarza się najwyżej dziesięć tak surowych dla narciarzy dni. Tym razem mam pecha, ale wciąż pamiętam świetlistą panoramę włoskich Dolomitów, którą oglądałem tu przed trzema laty z okien najwyżej położonej austriackiej restauracji Jochdohle (3150 m, ok. 200 m od szczytu Schaufelspitze) - wielkiego dysku przyczepionego jednym bokiem do skały, pod którym cały czas wierci się lodowiec.

***

A jednak tegoroczna zima, choć ostra w Polsce, w Tyrolu już nie tak bardzo. Dolinę Stubai, wijącą się przez ponad 30 km na zachód od zjazdu z autostrady Innsbruck - Brenner, pokrywa mniej niż pół metra śniegu (w górze jest go cztery razy tyle). Może to i lepiej dla przybywających samochodami narciarzy - drogi są czarne jak smoła, a chcąc jeździć na lodowcu, trzeba tu codziennie pokonać 30-50 km, czyli podwójny dystans dzielący dolną stację gondoli na lodowiec od bazy noclegowej - pięciu miasteczek w Stubaital. Największe to Neustift, z bankomatem, basenem i supermarketami, można tu też dostać najlepsze buty narciarskie w niespotykanych w Polsce cenach.

Dojazdy to pewna niedogodność, która zresztą dotyczy niejednego lodowca, ale co dostajemy w zamian? Możliwość jazdy od połowy września do czerwca na dość wymagających trasach. Stubai otoczony ponad setką trzytysięczników to według samych Austriaków ich najlepszy lodowiec, cenią go wyżej niż Hintertux czy Pitztal. Polacy też go lubią. W listopadzie 2009 r. (kiedy trenowało tu kilka narodowych kadr alpejczyków) byliśmy tam najliczniejszą reprezentacją - w całym sezonie przyjeżdża ok. 15 tys. rodaków.

No i nie trzeba codziennie pakować i wozić sprzętu. Za kilka euro można wynająć jedną z kilkuset specjalnie wentylowanych szafek w wielkiej, sterylnie białej przechowalni pod dolną stacją gondoli (1750 m). Gdyby ktoś się uparł, to na górne stacje na lodowcu może wjechać w ogóle bez sprzętu i w stroju spacerowym. Na miejscu znajdzie bowiem sklepy i wielkie wypożyczalnie. Przez trzy dni można np. próbować, a potem kupić wybrany zestaw. Wtedy wypożyczenie jest gratis (a tydzień na najlepszych nartach - zjazdowych, telemarkach lub fokach - kosztuje 125 euro, do 14. roku życia o połowę mniej, do 10. - nic).

***

Gondole są dwie. Do granicy lodowca wspinają się obok siebie, a rozdzielają się na wysokości 2300 m przy stuletniej Dresdner Hutte - jednym z ośmiu schronisk założonych przez alpejskie towarzystwo z Drezna nad doliną, które łączy znany kilkudniowy szlak letni.

Górne stacje leżą u stóp głównego terenu narciarskiego, na wysokości 2620 i 2900 m (z powrotem na sam dół prowadzi 10-kilometrowa trasa). Stamtąd wyżej jeżdżą już tylko dwie kanapy, a prócz nich orczyki, bo cięższy sprzęt trudno zainstalować na będącym w ciągłym ruchu lodzie. Jest wyjątek - gondolka na Schaufelspitze wsparta na częściowo ruchomych pylonach. Lód pokrywają wokoło białe maty mające odbijać promienie letniego słońca i opóźniać jego topnienie (podobne leżą pod śniegiem wokół dwóch wielkich stacji na lodowcu i na większości nartostrad).

Utrzymanie tutaj stacji narciarskiej to wyzwanie nie tylko z powodu będącego w ciągłym ruchu lodu. Budowa terenu sprawia, że każdy opad śniegu natychmiast podnosi stopień zagrożenia lawinowego co najmniej do trójki. By uniknąć ryzyka samoczynnego zejścia lawin, niemal codziennie rano przed uruchomieniem wyciągów helikoptery zrzucają na zbocza ponad trasami małe ładunki wybuchowe. Mimo to w śnieżne dni ujrzymy wiele pomarańczowych tabliczek z dłonią, która ostrzega: wjazd tylko z przewodnikiem. Nie tylko z powodu lawin - tej zimy odnaleziono w szczelinie lodowca ciało zaginionego przed laty Kanadyjczyka...

Wieje grozą? Ależ Stubaital to dolina zorientowana na narciarstwo rodzinne. Dzieci do 10. roku życia nie płacą niemal za nic. Szkółkę na lodowcu wyposażono w cztery ruchome dziecięce chodniki (to standard), ale nad każdym z nich w mroźne dni rozstawiane są tuneliki, żeby żaden maluch nie zniechęcił się z powodu zimna. A zimno bywa, bo Gamsgarten, największy kompleks obsługujący narciarzy na Stubaier Gletscher, to przecież pułap naszych najwyższych szczytów tatrzańskich. Trasy w większości nie są bardzo wymagające (choć na 110 km tylko jedną trzecią stanowią niebieskie, reszta - średnio trudne, są też trzy czarne), ale bardziej wytrawni narciarze mogą pohulać w kopnym śniegu. Warto jednak wynająć przy tym przewodnika, który zadba i o naszą technikę (godzina porad instruktora kosztuje 50 euro, ale jeśli uzbiera się trzyosobowa grupa, każdy zapłaci tylko 26).

Są i atrakcje dodatkowe. Obok stacji Gamsgarten stoi 20-metrowy słup z lodu, na którym można poćwiczyć wspinaczkę z czekanami i w asekuracji. A potem z przewodnikiem spróbować na prawdziwej ścianie.

Mgła, wichura, Syberia - trudno. Stubaital to nie tylko lodowiec. Na początek w ramach pocieszenia - wieczór na sankach. Brzmi dziecinnie? Nie po to człowiek jedzie ponad tysiąc kilometrów? Zgoda, ale... Sanki wyglądały niewinnie, drewniane, choć ciężkie - z płozami podkutymi grubą stalą (5 euro/dzień). Po zmroku wyjeżdża się z nimi z Neustift ponad 800 m w górę gondolką Elfer Lifte, pokrzepia w małej restauracyjce, a potem - 8 km szybkiego, krętego, oświetlonego toru i kilka punktów widokowych, z których widać morze świateł w dolinie i łunę nad Innsbruckiem. A takich torów jest w okolicy dziesięć.

***

A skipassy? Tydzień - 224 euro (na cały Stubai, tylko lodowiec - 201; w cenie przejazdy autobusami i wstęp na baseny w Neustift i Fulpmes), do 10. roku życia - za darmo. Oprócz tras na lodowcu, w małych ośrodkach doliny jest jeszcze 130 km szlaków dla fanów biegówek. Podobno w tym sezonie po raz pierwszy w historii sprzedano ich w Austrii więcej niż nart zjazdowych i skitouringowych razem wziętych.

Fulpmes to rodzinne miasteczko skoczka Gregora Schlierenzauera. Można się tu natknąć na knajpę z gwiazdkami od przewodnika Michelin albo... uciec przed złą pogodą z lodowca. Taka właśnie jest rola stacji narciarskiej Schlick 2000. To 22 km tras, widoki prawie jak w Dolomitach i gwarantowany brak wiatru, bo leży ona w podłużnej kotlinie między wysokimi grzbietami.

A to wszystko niespełna pół godziny jazdy samochodem od centrum Innsbrucka. Szczęściarze z tych Tyrolczyków!

W sieci

stubai.at

stubaier-gletscher.com

schlick2000.at