Sport.pl

Z dzieckiem na narty. Rabka i Rohacze

Podstawą jest dobra baza. Wybraliśmy leżącą na północno-zachodnim skraju Gorców Rabkę Zdrój, która od dziesięcioleci ma sławę ?miasta dzieci świata?. Tu, w sercu Podhala, jest unikalny mikroklimat, uzdrowiskowy deptak i park, ale nie ma zgiełku Zakopanego. W Rabce i w okolicy narciarze znajdą wiele stoków - od najłatwiejszych po naprawdę trudne.
No, ale przede wszystkim moja żona pochodzi z Rabki i nasza ośmioletnia Ola jest z okolicą obeznana...

***

Pierwsze kroki: wyciąg u Żura, 10 min samochodem z centrum Rabki. Po drodze mijamy unikalny na skalę europejską skansen taboru kolejowego w Chabówce.

To bardzo łagodny stok o długości 350 m i przewyższeniu zaledwie 50 m, z wyciągiem talerzykowym (wjazd 1,50 zł). Uczyłem się na nim jeździć cztery lata temu. Dla maluchów jest obok ośla łączka ze stumetrowym wyciągiem linowym (10 m przewyższenia). Tam Ola zaczynała jeździć, kiedy miała cztery lata.

Wypożyczalnia sprzętu narciarskiego i możliwość wykupienia lekcji u instruktora (ok. 50 zł za godzinę, w pakiecie taniej), to już standard na każdym stoku. Warto z nich skorzystać, żeby nie utrwalać złych nawyków.

***

Trzy dni później: wyciąg w Spytkowicach (20 min samochodem) - cały kompleks sportowy, jest tu i kryty basen.

Trzy wyciągi narciarskie: na początek 80-metrowa linka, na drugi krok 250-metrowy wyciąg orczykowy z 50-metrowym przewyższeniem, a kiedy poczujemy się pewnie - 700-metrowa kolejka z czteroosobową kanapą, różnica wzniesień 147 m (wjazd krzesełkiem 4 zł, ale cennik przewiduje wiele korzystnych skipassów na wiele przejazdów, kilka godzin, kilka dni). To już prawdziwa jazda na nartach, dla dziecka raczej na drugi sezon. Środkowy odcinek wymaga pewnej swobody przy skręcaniu. Mnie moja żona - instruktorka narciarstwa - zabrała tam na drugą lekcję.

W tym roku pojechaliśmy się tam rozjeździć. Chociaż pogoda nie sprzyjała, stok był świetnie zaśnieżony armatkami i wyratrakowany. A nazajutrz udaliśmy się na prawdziwą górę.

***

Trzeci krok: wyciąg na Maciejową (obrzeża Rabki, licząca 815 m góra na skraju Gorców). Trasa ma ponad kilometr, a różnica poziomów 200 m. Wjazd dwuosobowym orczykiem (3 zł).

Tam również możemy rozpoczynać naukę na 250-metrowym wyciągu orczykowym z 40-metrowym przewyższeniem. Na dole dwa bary - przy trasie podgrzewany namiot, ale z klimatem i odsmażanymi ziemniaczkami oprócz frytek, a poniżej dolnej stacji - knajpka góralska. Gastronomia to też standard na każdym stoku, ale tu ziemniaczki i herbata najlepiej nam smakowały (chociaż moja żona woli grill-chatki u Żura i w Spytkowicach, w których można sobie upiec kiełbaskę przywiezioną lub do kupienia na miejscu).

***

Alternatywa: Polczakówka (5 min od centrum Rabki). Tam też jest stok dziecięcy (70 m), ale jeździ się tu przede wszystkim po mocne wrażenia. Stok jest niezbyt długi (650 m), jednak 130-metrowe przewyższenie nie oddaje stromizny (wyjazd 2,50 zł). Radziłbym udać się tam z dzieckiem w trzecim roku nauki.

My ominęliśmy Polczakówkę i ruszyliśmy w stronę Tatr. Najsłynniejsza stacja narciarska po drodze to Kotelnica w Białce Tatrzańskiej - cztery wyciągi (bilety od 1,50 do 6 zł), najdłuższa trasa - ok. 1,5 km. Ale jeśli tylko pogoda dopisuje, kolejka w Kotelnicy murowana, jak w Murowańcu. My skręciliśmy na Chochołów i po półtorej godziny jazdy znaleźliśmy się w słowackiej stacji narciarskiej Rohacze.

***

Wszystko w jednym: Rohacze. Leżą w Dolinie Zuberskiej w Tatrach Zachodnich, a pejzaż z górnej stacji wyciągu jest bardziej tatrzański niż z Kasprowego. Są tu cztery wyciągi - od dziecięcej oślej łączki z parametrami jak u Żura, po dwukilometrowy zjazd z 400-metrowym przewyższeniem. Ola, która jeździ na nartach już piąty sezon, radziła sobie na największym stoku świetnie. Ponieważ dzieci szybciej się uczą, więc ja, z moimi czterema sezonami, zaczynam mieć problem z dogonieniem jej.

Najpierw podjeżdża się orczykiem, a potem, na sam szczyt, czteroosobową kanapą (uwaga - jedzie bardzo wolno, a śnieg sypał nam prosto w oczy). Można też wybrać drugi orczyk (jedzie szybciej) wyprowadzający tuż pod szczyt. To świetna trasa dla średnio zaawansowanych dzieci, przyjemna i bezpieczna, bo ma równomierny spadek bez gwałtownych zjazdów.

W Rohaczach lepiej wykupić karnet czasowy - my wybraliśmy 3 godz. jeżdżenia na wszystkich wyciągach za 15 euro. Kupowanie osobnych biletów na każdy wyciąg nie ma sensu, bo nie przewidzimy, którą trasą będziemy mieli ochotę zjechać. Trzeba też zacząć wcześnie, bo stoki - w odróżnieniu od polskich - nie są oświetlone, można jeździć tylko do 16. Lepiej zabrać ze sobą kanapki. W barze w Rohaczach wszystko jest niedobre, nawet placki ziemniaczane. A jeśli się zamawia herbatę, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że chodzi o "czarny czaj" - w przeciwnym razie dostaniemy napój o smaku podgrzanego kisielu.

Na szczęście kilometr za granicą, w Chochołowie, jest sympatyczna góralska knajpka i to z cenami w złotych...