Sport.pl

Narty w Austrii - Karyntia. Jak poznałem Direttissimę

Akurat przestał padać śnieg, chmury się rozwiały i odsłoniły niemal pionową ścianę z trasą narciarską. - Musieli ją wytyczyć szaleńcy - pomyślałem, patrząc na nią z dołu
Gdy pod koniec lutego nad jeziorem Millstäter w Karyntii (w pobliżu miasta Spittal) czuć było już nadchodzącą wiosnę, w okolicznych ośrodkach narciarskich niepodzielnie panowała zima.

Z naszego hotelu w miasteczku Seeboden nad jeziorem - które latem nagrzewa się do przyjemnych 26 stopni i służy wielbicielom kąpieli i żagli - widać było wyciąg na Goldeck. Z tej odległości prezentował się całkiem zachęcająco, Austriacy uznali jednak, że ośrodek jest zbyt przestarzały, by pokazać go dziennikarzom z Polski. Trochę szkoda, bo Goldeck chlubi się najdłuższą czarną trasą w Alpach - 8 km. Może kiedyś się z nią zapoznam, jednak tym razem odwiedziłem dwa inne, odleglejsze ośrodki.

***

Od końca listopada do (jeśli efekt cieplarniany pozwoli) końca kwietnia można pojeździć w ośrodku Katschberg-Aineck. Tereny narciarskie sięgają tu 2220 m n.p.m., łączna długość tras - 70 km. Z doliny można wjechać na Tschaneck (2030 m) albo na Aineck (2220 m).

Tschaneck jest idealny dla średnio zaawansowanych narciarzy - liczne, niezbyt długie czerwone trasy obsługują wyciągi krzesełkowe i orczyki.

Gdy się tam zjawiliśmy, świeżego śniegu nasypało tyle, że nasz przewodnik zaproponował jazdę poza trasami. W jego wykonaniu wyglądało to efektownie, w moim - mniej. Szybka jazda w puchu między drzewami to zabawa dla naprawdę niezłych narciarzy.

Po kilku zjazdach i tyluż niegroźnych na szczęście upadkach około południa wstąpiliśmy do schroniska Gamskogelhütte. Leży ono dokładnie na granicy dwóch landów - Karyntii i Salzburga. Wynikały z tego podobno jakieś nieporozumienia w kwestii lokalnych podatków (kasy w jednym landzie, stoliki w drugim), ale być może to tylko anegdota dla turystów. Jedzenie jest tu w każdym razie typowo austriackie: kotlety schabowe, żeberka, sałatka ziemniaczana, apfelstrudel z bitą śmietaną, wszystko ogromne.

***

Posileni, nabraliśmy sił, by zmierzyć się z górą naprzeciwko. Akurat przestał padać śnieg i rozwiewające się chmury odsłoniły niemal pionową ścianę, a na niej trasę narciarską. Oglądana z dołu zdała mi się dowodem szaleństwa tych, którzy ją wytyczyli...

To była Direttissima. Stromizną niewiele ustępuje najsłynniejszym trasom biegów zjazdowych Val Gardeny czy Kitzbühel: różnica wzniesień to prawie 600 m na 2,5 km długości. Spadek jest zresztą nierównomierny, szczególnie nieswojo można się poczuć na samej górze, gdzie straszy - ale też kusi - kilkaset metrów lodowej ściany. Lodowej, bo śnieg na takiej stromiźnie, wiecznie atakowany wiatrem i nieosłonięty drzewami, nie ma wielkich szans.

Direttissima to jednak jazda nieobowiązkowa; równolegle zakosami biegnie dużo łatwiejsza czterokilometrowa trasa czerwona (polecam ją średnio zaawansowanym). W dwóch miejscach można z niej zresztą odbić na Direttissimę, wspólna i raczej płaska jest też końcówka obydwu.

Z doliny wiedzie na górę wyciąg krzesełkowy. Powrót stamtąd - Direttissimą bądź czerwoną jedenastką albo zjazd na drugą stronę góry. Tu można odetchnąć na tzw. autostradzie A1. Nazwa nieprzypadkowa - to niebieska, bardzo szeroka trasa o stałym nachyleniu i długości 6 km. Wymarzona dla rodzin z dziećmi.

Równolegle do autostrady biegnie kilka czerwonych i czarnych tras. W tym sezonie ruszy tu nowa, ośmioosobowa kolejka gondolowa, która zastąpi dwa wysłużone orczyki.

Direttissimę zostawiliśmy sobie na koniec naszej narciarskiej dniówki - satysfakcja gwarantowana, wysiłek też.

I tak znów znaleźliśmy się w dolinie, gdzie czekał na nas - niezbyt zresztą ciekawy - bar apres ski. Obejrzawszy przy piwie mistrzostwa świata w skokach, ruszyliśmy na kolację do znanego już nam schroniska Gamskogelhütte. Kolacja była obfita i smaczna, a ja zjadłem i wypiłem wszystko, co podano. Tymczasem wracaliśmy na... sankach. Pokonanie oświetlonego toru okazało się wyzwaniem niewiele mniejszym niż Direttissima.

***

Nazajutrz zwiedziliśmy słynące z nart i basenów termalnych Bad Kleinkirchheim. Nie było szans, by w ciągu jednego dnia sprawdzić wszystkie trasy, które liczą łącznie ponad 100 km (do wysokości 2055 m n.p.m.). Najwięcej jest czerwonych, czyli trudnych, ale ich świetne przygotowanie sprawia, że podoba się tu nawet mniej wprawnym narciarzom. To kurort lubiany przez rodziny z dziećmi, przyjazny raczej ludziom ceniącym spokój niż poszukującym wrażeń na dyskotekach.

Na górę wożą narciarzy gondole, większe i mniejsze krzesełka, ale także orczyki. Nam szczególnie przypadła do gustu czerwona trasa nr 6 - FIS K 70. Nazwa wskazywała na homologację FIS, a trasa była fantastyczna: stroma, ale nie za bardzo, idealnie przygotowana, ładna widokowo.

W Bad Kleinkirchheim wychował się i mieszka Franz Klammer, jeden z najwybitniejszych zjazdowców w historii, mistrz olimpijski z Innsbrucka w 1976 r. I na tutejszych zboczach ma trasę swojego imienia liczącą ponad 3 km (rozgrywany jest na niej Puchar Świata w zjeździe). Czarna, ukryta w lesie, stroma, dostarczyła nam niemałych wrażeń. A na dole czekał na nas sam mistrz! Mogliśmy zamienić z nim parę słów. Okazało się, że pierwotnie "trasą Klammera" była właśnie czerwona FIS K 70. Jednak pijarowcy woleli, by zjazd mistrza kończył się w samym miasteczku, a nie gdzieś na peryferiach. Sam Klammer przyznał, że woli starą trasę...

Karyntia to wysunięty najdalej na południe land w Austrii, graniczący z Włochami i Słowenią. Ma 30 sporych ośrodków narciarskich. Sześciodniowy skipass - ważny we wszystkich - w szczycie sezonu kosztuje 189 euro, poza nim 174. Zniżki dla dzieci (6-14 lat), młodzieży (do lat 18) i seniorów (powyżej 64). Wypożyczenie nart na 6 dni - ok. 100-200 euro

www.karyntia.pl