Czeskie Karkonosze. 5 kurortów w 5 dni

Czesi i Polacy podzielili się solidarnie najwyższym szczytem Karkonoszy, ale pod względem warunków narciarskich wypadamy blado na tle naszych sąsiadów
Miłośnicy Chopoka pogardliwym wzruszeniem ramion kwitują propozycję wyjazdu w czeskie Karkonosze. Niesłusznie, bo mają one sporo do zaoferowania, pod warunkiem że nie będziemy ich na siłę porównywać z Alpami. Moim sposobem na udany wyjazd do Czech jest narciarskie safari. Żaden z tamtejszych kurortów nie może się pochwalić dużą liczbą tras, dlatego spędzenie kilku dni w jednym miejscu może być nużące. Ośrodki leżą jednak dość blisko siebie, więc warto to wykorzystać i zjeżdżać każdego dnia gdzie indziej.

***

Internetowy nawigator Michelina podaje, że dojazd z Warszawy do Czarnego Dołu (granicę przekraczamy w Lubawce) jest nawet nieco krótszy niż z Warszawy do słowackiej Tatrzańskiej Łomnicy, nie mówiąc o Jasnej. Mam do przejechania 503 km, czyli dwa razy mniej niż do Tyrolu. Podróż zabiera jednak ponad 8 godz., bo tylko 37 km pokonuje się autostradą, a 25 "przyjemnymi drogami", jak je określa Michelin.

Na bazę wybieram Czerny Dul, spokojną miejscowość godną polecenia na wyjazdy rodzinne - hotele w czeskich Karkonoszach kuszą rodziców ofertami bezpłatnego pobytu dla ich dzieci (do lat 6 i od 6 do 12). Czerny Dul jest idealny na narciarski rozruch. Skibus spod wejścia do mojego hotelu kursuje co 10 min, pod wyciąg zawozi w trzy minuty, wszystko tu jest na wyciągnięcie ręki. Pogoda (połowa stycznia) jest bajeczna, słońce świeci niczym w Dolomitach. Przy kasie wyciągu para snowboardzistów odstępuje mi karnet za niższą cenę. Jest już prawie południe, zdążyli się najeździć od rana i chcą trochę zaoszczędzić (wiadomo, kryzys). Ja też zyskuję na tym 100 koron (za jazdę w godz. 12-16 trzeba zapłacić 420 koron, całodzienny karnet 550). Na górę zawozi mnie trzyosobowa kanapa. Jest trochę powolna (mimo słońca mróz daje się we znaki) i ma już ładnych parę lat, ale poza tym trudno się czepiać, zwłaszcza że do wyciągu nie trzeba czekać w kolejce.

Na stokach Špieaka (1001 m) warunki do jazdy są wprost idealne. Świeży śnieg, dobrze ubity przez ratraki, cztery trasy czerwone i kilka niebieskich. Najciekawsze są jedynka i dwójka: obie czerwone, obie o długości powyżej kilometra, dość szybkie, niezbyt strome, dobrze utrzymane. Ale najwięcej przyjemności sprawia mi położony nieco na uboczu snowpark. Nie ma tam krzesełek, trzeba korzystać z orczyka i zjazd jest dość krótki (650 m), ale można poszaleć na sztucznie usypanych hopkach albo swobodnie pojeździć szerokimi skrętami - trasa jest chwilami pusta. Właśnie tu słońce utrzymuje się najdłużej. Szybki zjazd i wjazd, jeszcze raz, i znowu - jest mi gorąco, choć jeszcze przed chwilą było zimno. To się nazywa porządna narciarska rozgrzewka!

Na dole czeka bar okrąglak z automatycznie otwieranymi drzwiami, jakby żywcem przeniesiony z Alp. Niestety, zjedzony w pośpiechu hot dog w niczym nie przypomina pachnących parek w rohliku, jakie sprzedawano parę lat temu w byle jak zbitych budkach. Ten z okrąglaka smakuje jak tektura. Kuszą za to zdjęcia fantazyjnych drinków, ale wątpię, czy to miły widok dla tych, którzy doznali kontuzji po zderzeniu z jakimś pijanym idiotą, co niestety zdarza się coraz częściej na stokach.

Po nartach czas na relaks w hotelowym basenie 15-metrowej długości - nie ma lepszego sposobu na rozluźnienie i zregenerowanie mięśni forsowanych na stoku. Trochę mnie zaskakuje, że 3-gwiazdkowy hotel zaleca zabieranie na pływalnię ręcznika z pokoju. Pokój jest jednak schludny, posiłki solidne, a oferta spa i wellness o połowę tańsza niż w Polsce.

***

Karkonosze fascynowały ludzi od stuleci. Zauważył je już w II w. i naniósł na mapę jako Korkonotoi grecki geograf Ptolemeusz. Znane były też później jako Góry Śnieżne bądź Olbrzymie. Dopóki nie wynaleziono metod dokładnych pomiarów, uchodziły za jedne z najwyższych pasm górskich w Europie, do czego przyczyniała się ich spora wysokość względna. Ogromne wrażenie robiła zwłaszcza majestatyczna Śnieżka, wyrastająca ponad otoczenie, a przez to widoczna z daleka, pokryta śniegiem przez sporą część roku (stąd nazwa). Na przełomie XVIII i XIX w. jej zdobyciem chlubił się m.in. Goethe oraz późniejszy amerykański prezydent John Quincy Adams (to on, a nie Goethe, napisał wiersz na jej cześć).

Dziś od czeskiej strony wjedziemy kolejką krzesełkową niemal na sam szczyt najwyższej góry Karkonoszy, a zarazem Czech (1602 m).

Na Śnieżkę prowadzi wyciąg, choć nie ma tam tras narciarskich. Ale spokojnie - pojeździmy, i to całkiem nieźle, w cieniu wielkiej góry w miejscowości Pec pod Snežkou. Wjeżdżając do leżącego w dolinie Łaby Pecu, uważajmy, żeby nie pomylić wyciągów. Parking pod wyciągiem na Śnieżkę jest płatny i stąd zapewne w internecie są błędne informacje, że narciarze muszą płacić w Pecu za parkingi. Nie muszą! Najlepiej zaparkować przy wyciągu krzesełkowym na Hn'dý Vrch (1215 m). Tu czeka czteroosobowa kanapa i ponad 1500-metrowa czerwona trasa i jej czarny wariant. Ale najpierw ostrzenie nart (wczoraj było szkoda czasu!). Jak się okazało - ręczne, smarowanie zaś za pomocą żelazka, którym serwisant zręcznie stopił wielką bryłę wosku. Oddany w fachowe ręce sprzęt odwdzięcza się na zboczach Gniadego. Nie gorzej jest obok, na czerwonych i niebieskich trasach Záhradky. A dalej czeka jeszcze Jawor, gdzie znajdziemy dwie czerwone, oświetlone trasy do jazdy nocnej (najlepsze tego typu miejsce w Czechach), obie powyżej kilometra długości.

W barze w dolnej części Gniadego spotykam polsko-niemiecką grupkę. Przyjechali ze Szklarskiej Poręby, szukają noclegu. - Jeździliśmy tylko na Hali Szrenickiej, bo straszyli, że z powodu wiatru zamkną górną część wyciągu i nie będzie można się tam dostać - narzeka narciarka z Polski. Mówi, że śniegu było mało, trasy rozjeżdżone, więc przenieśli się do Czech.

Po godz. 16, już po zamknięciu wyciągów do jazdy w ciągu dnia, decyduję się zjechać z Záhradek trasą dla narciarzy biegowych w kierunku schroniska Husova Bouda. Po dwóch odcinkach mam dość, bo zjazd zamienia się w podjazdy, trzeba przejść na krok łyżwowy i mocno pracować kijkami. Później jednak wysiłek zostaje nagrodzony i pokonuję kolejno dwie czerwone trasy, Na Mulde i ESO, a na dokładkę odcinek niebieskiej - Vysoký Svah.

***

Porównanie Szpindlerowego Młyna do polskiej stolicy sportów zimowych wypada niekorzystnie dla Zakopanego. Wprawdzie "Szpindla" (ulubiony kurort aktorki Magdy Schejbal z serialu "Kryminalni") nie ma tak zdecydowanego charakteru i tak wysokich gór jak "Zakopiec", ale ma za to 25 km świetnie przygotowanych tras zjazdowych połączonych w jeden system oraz trzy snowparki (Szklarska Poręba i Karpacz mają razem 20 km tras). Z przyjemnością jeżdżę po czerwonych 2-kilometrowych trasach Svatý Petr (z homologacją FIS) i Hromovka (oświetlona na 1,5-kilometrowym odcinku). Jest też oznakowany na czarno zjazd, zakwalifikowany przez FIS do rozgrywania zawodów Pucharu Świata.

Nie wszystko idzie jak po maśle. Na pewnych odcinkach jest trochę tłoczno, a do kanapy Svatý Petr trzeba stać 3-4 minuty w kolejce. Pada śnieg, a w górze daje się we znaki mgła.

Oferta apres ski też nie do pogardzenia. Szpindlerowy Młyn to tętniący życiem kurort, pełno tu turystów, przede wszystkim z Niemiec. Na wyciągach spotykam także narciarzy z Holandii, USA i oczywiście z Polski. Jest tu tor bobslejowy, park wodny, można zjeżdżać pontonami śnieżnymi, nie mówiąc o gospodach i klubach. Na mnie czeka jednak basen i kolacja w zacisznym Czarnym Dole, który reklamuje się w ujmujący sposób: "U nas nigdy nie zabraknie kiszonej kapusty". I rzeczywiście, podawana jest na wiele sposobów, tym razem jako nadzienie wieprzowych zrazów zawijanych, w sosie, w towarzystwie knedlików. Do tego szklaneczka piwa Gambrinus z beczki.

***

Rano włączam telewizor, by zorientować się w sytuacji na stokach. Na szczęście śniegu wszędzie w bród, a mgły nie widać. To ważne, bo dziś czeka na mnie Eerná Hora (1299 m), na którą wjeżdża się kolejką kabinową z uzdrowiska Janské Lázne znanego z ciepłych źródeł. Ten wyciąg to jedyne gondolki w czeskich Karkonoszach. Trzy lata temu zmodernizowano go, wymieniając wagoniki 4-osobowe na 8-osobowe.

Dłuższych zjazdów niż na Cernej Horze nie znajdziemy w Czechach. Polecam zwłaszcza wijącą się przez świerkowy las 3-kilometrową nartostradę Cernohorską, czerwoną w dłuższej, górnej części i niebieską na dolnym odcinku. Przytrafiło mi się kiedyś na niej szczęśliwe zdarzenie. Pędziłem w dół po ciemku, już po zamknięciu wyciągu, sądząc, że zjazd jest pusty. Nagle, tuż przed moim nosem, na leśnej drodze wyrosła grupka czarnych postaci. W ostatniej chwili zdążyłem minimalnie skręcić w prawo, co skończyło się lądowaniem w głębokiej zaspie pod świerkowym wykrotem, skąd pomogli mi się wydostać niewidoczni w ciemnościach miłośnicy wieczornych spacerów. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale była to jeszcze jedna nauczka, że w górach zabawę od tragedii dzieli często tylko jeden krok.

Tym, którzy chcą się zatrzymać na Cernej Horze na dłużej, polecam noclegi w schronisku pod jej szczytem. Zwłaszcza gdy zamierzamy jeździć wieczorem na górnym odcinku stoku dostępnego tylko dla mieszkających właśnie pod szczytem. Kiedy kończą się wieczorne jazdy zapada niezwykła cisza. Będę pamiętał ją długo, tak jak i widok rozgwieżdżonego nieba nad ubranymi w białe czapy śniegu świerkami...

***

Jeśli dziś piątek, to jestem w Harrachovie, ostatnim ośrodku narciarskim na moim szlaku. Do Harrachova, tuż nad granicą z Polską, jedzie się autem niecałą godzinę. Wprawdzie za parking tym razem muszę zapłacić (50 koron), ale parkingowa pociesza, że dostanę 23 proc. zniżki na zakup karnetu i kupon na gorący napój w jednym z barów przy szlakach.

Miasto jest znane kibicom Adama Małysza, który wygrywał tu konkursy skoków na mamuciej skoczni w zawodach Pucharu Świata, skacząc ponad 200 m. Tuż obok skoczni są niezłe tereny do narciarstwa zjazdowego, podobnie jak po drugiej stronie góry, gdzie znajduje się kolejny wyciąg krzesełkowy i trzy zasadnicze trasy, w tym bardzo wymagająca czarna.

Po mniej więcej jednej trzeciej długości zjazdu, widząc, ile jeszcze będę musiał się napracować kolanami na zmrożonej nawierzchni, pasuję i przejeżdżam przez las do wyciągu krzesełkowego na Eertovą Horę. Nazwa góry pasuje jak ulał do diabelskiego charakteru tej czarnej trasy! Na sam dół pędzę poza wyznaczonymi szlakami, wzdłuż wyciągu, fundując sobie niezły freeride. Lepiej jednak tego nie robić, bo ośrodki czeskie leżą (na ogół) albo na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego, albo w jego bezpośrednim sąsiedztwie, więc możemy zapłacić karę, zbaczając z wytyczonych szlaków.

Bezpłatny kupon przeznaczam na gorącą czekoladę. W Harrachovie bywa naprawdę zimno. Panuje tu surowy mikroklimat, podobnie jak w sąsiednich Jakuszycach po polskiej stronie, gdzie śnieg zalega nawet w lecie. Na szczycie Czarciej Góry podziwiam drzewa pokryte lodowymi igiełkami szreni (stąd np. nazwa Szrenica). Karkonosze nie należą do gór wysokich, ale warunki klimatyczne są wysokogórskie. Średnia temperatura roczna na Śnieżce wynosi 0,4 stopnia Celsjusza! Do tego dochodzą dość częste silne wiatry, spora wilgotność (dużo opadów) i gwałtowne zmiany pogody.

Nadgraniczne położenie Harrachova sprawia, że przyjeżdża tu wielu gości z Polski, najwięcej wtedy, gdy w Karpaczu lub Szklarskiej Porębie są kiepskie warunki do jazdy. Czesi i Polacy podzielili się solidarnie najwyższym szczytem Karkonoszy, ale pod względem warunków narciarskich wypadamy blado na tle naszych sąsiadów. Obszar po czeskiej stronie to ponad dwie trzecie całego pasma Karkonoszy, a śniegu jest tam więcej i leży dłużej. Infrastruktura też jest lepsza - więcej wyciągów i tras. Przy każdym liczącym się ośrodku są dziesiątki kilometrów dobrze utrzymanych szlaków do biegania na nartach, które jest tam bardzo popularną formą rekreacji.

Moment powrotu przez granicę w Harrachovie łatwo przegapić, bo w Jakuszycach też jest jeszcze sporo amatorów biegówek. Granica stała się niewidoczna, przypomina o niej tylko komunikat z GPS-u. Może wreszcie uda się sprawić, żeby Karkonosze po obu stronach tworzyły jeden region narciarski ze wspólnym karnetem i darmowymi skibusami?

Ale na razie dość marzeń, czas na szybki bilans. Wyjazd (bez pośrednictwa biura podróży) do pięciu ośrodków w czeskich Karkonoszach, z noclegami w 3-gwiazdkowym hotelu i wyżywieniem typu HB (śniadanie i obiadokolacja), z karnetami na wyciągi i drobnymi wydatkami kosztował mnie - bez ceny paliwa - nie więcej niż 1000 zł na osobę. To chyba nieźle w czasach kryzysu!