Sport.pl

Narty w Dolomitach. Szusem do stołu

Entuzjaści nart, dobrej kuchni i wina zaspokoją w Dolomitach wszystkie swoje pasje
Widoki są tu szczególnie malownicze - niektórzy twierdzą, że to najpiękniejsze góry na świecie. Rozciągają się w północnych Włoszech na długości około 80 km. Ich poszarpane granie o stromych urwiskach, pionowych, często kilkusetmetrowych ścianach zbudowane są ze skał wapiennych. Nie tworzą ciągłego łańcucha, lecz potężne grupy skalne oddzielone głębokimi dolinami. Zatrzymujemy się w miasteczku Moena na skraju jednej z nich - Val di Fassa.

***

Ten słynny kurort narciarski położony na wysokości 1200 m i mający 2,5 tys. stałych mieszkańców odwiedza co roku nawet kilkadziesiąt tysięcy turystów. Często słychać język polski - Polacy są, po Niemcach, najliczniejszą grupą cudzoziemców.

Wita nas bicie dzwonów. Kamienny romański kościół San Vigilio z charakterystyczną wysoką wieżą (konsekrowany w 1164 r., później rozbudowany) stoi tuż obok naszego hotelu. Ten zaś obiegają drewniane, rzeźbione tarasy, typowe dla tutejszego budownictwa. Nad ostatnim z nich, pod szczytem dachu, wisi dwumetrowy krucyfiks z naturalnych rozmiarów figurą Ukrzyżowanego, o niezwykle dramatycznym wyrazie (podobne rzeźby zauważyłam później i na innych budynkach, niewiele mniejsze wisiały nawet w restauracjach).

Śniegu obfitość. Malowniczo wyglądają białe czapy na spadzistych dachach domów i na głazach w rwącym potoku płynącym przez Moenę. Dwa główne place - Piaz de Sotegrava i Piaz de Ramon - zdobią imponujących rozmiarów śniegowe rzeźby, plon corocznego konkursu. Przy drugim mieści się Ristorante Tyrol, do której wybieramy się na pierwszą kolację. Tyrolska, bo do granicy z Południowym Tyrolem jest stąd niespełna 15 km. Obie te dziś autonomiczne prowincje tworzą wspólny region noszący od 2001 r. nazwę Trentino-Alto Adige/Südtirol. Mają niezależne od włoskiego rządu szkolnictwo i służbę zdrowia, a także samodzielnie rozwijają turystykę. W Południowym Tyrolu, gdzie 69 proc. stanowi ludność niemieckojęzyczna, języki włoski i niemiecki są równoprawne. Także tradycje obu tych krajów przenikają się w całym regionie, tworząc m.in. zaskakujące bogactwo kulinarne. Kolację rozpoczynamy od lokalnych wędlin. Lucanica to kiełbasa wieprzowa podobna do salami, carne salata - marynowane mięso wołowe, speck - wędzony bekon pokrojony w niemal przezroczyste plasterki. Potem włoska polenta, czyli żółta kasza kukurydziana podana z sosem z czerwonego wina i drobnymi skwarkami. Następnie lekki rosół z małymi pierożkami, coś na kształt naszych uszek lub kołdunów, ale nadziewanych szpinakiem i ricottą. Wszystkie smaki bardzo subtelne.

***

Pierwszy narciarski dzień spędzamy na trasach Tre Valli obejmujących Alpe Lusia oraz Passo San Pellegrino i Falcade - w sumie ok. 120 km tras. Z Ronchi Lusia (1378 m) wagoniki wiozą nas - z jedną przesiadką - na 2210 m, do stacji Le Cune. Pokonujemy więc 832 m, o 100 mniej niż jadąc na Kasprowy, ale jesteśmy o 223 m wyżej. Trasy są łatwe, głównie niebieskie i czerwone. Szerokie i gładkie, o niewielkim stopniu nachylenia, przyciągają początkujących narciarzy i rodziny z dziećmi.

Podczas pierwszego odpoczynku, w drewnianej chacie La Morea (1947 m), mamy okazję skosztować popularnego tutaj bombardino. Małą szklaneczkę wypełnia podgrzany gęsty likier (rodzaj ajerkoniaku) połączony z whisky, na wierzchu bita śmietana posypana czekoladą. Po wysączeniu przez słomkę tej pysznej wysokoprocentowej i kalorycznej bomby zjeżdżamy do leżącego po drugiej stronie grani Castelir (1550 m), by dzięki kolejnym wyciągom znów dostać się na górę i ponownie zjechać do Ronchi Lusia.

Pozostałą część dnia spędzamy na trasach rozpoczynających się w Passo San Pellegrino. Od przełęczy leżącej na wysokości 1920 m dzieli nas 5 km. Dojeżdżamy samochodem (są też skibusy), a potem w ciągu kilku minut wagonik dowozi nas do stacji L'Uomo (2393 m). Panorama Dolomitów jest stąd wspaniała! Ośnieżone, masywne sylwetki Monte Pelmo i Civetty odcinają się od błękitnego nieba. Pogodę mamy doskonałą - słońce, zupełny brak wiatru, temperatura około 0o C. Czerwone trasy z L'Uomo też nie należą do specjalnie trudnych, więc szybko zjeżdżamy na dół, by wsiąść do wagoników jadących na majestatyczną Col Margherita (2513 m), po prawej stronie przełęczy. Wyciąg jest bardzo stromy, w kilka minut pokonujemy ponad 600 m. Wybór tras oszałamia: od zupełnie łatwych po trudne, o nachyleniu do 45 proc. - można spędzić tu cały dzień nie nudząc się ani chwili.

Na lunch docieramy do schroniska Diés Bis, otwartego zaledwie dwa lata temu. Jedną ścianę ma półokrągłą i całkowicie przeszkloną, można więc podziwiać potężny, postrzępiony masyw Gruppo del Pale. Sącząc marzemino (lekkie czerwone wino), przegryzamy polentę. Włosi mają setki sposobów na jej przyrządzanie. Tym razem ma postać niewielkich grillowanych kostek o zwartej konsystencji. Schronisko szczyci się domową kuchnią, podane po chwili własnej roboty spaghetti smakuje doskonale. Na zakończenie espresso i sambuca, czyli słodki anyżkowo-ziołowy likier. Diés Bis opuszczamy z żalem, ale przed nami jeszcze droga powrotna.

***

Wieczorem wybieramy się na prawdziwą ucztę. Już po ciemku dojeżdżamy skuterem śnieżnym do schroniska Rifugio Fuciade u stóp masywu Cima Uomo leżącego powyżej przełęczy San Pellegrino, na wysokości 1982 m (najwyższe schronisko w Polsce Pięć Stawów - 1671 m). Gdy w latach 80. Sergio i Emanuela Rossi przejmowali ten budynek, był to kamienny górski schron bez prądu i wody. Dziś po 25 latach mamy tu kameralne schronisko i wykwintną restaurację, którą państwo Rossi prowadzą z dwoma dorosłymi synami i dorastającą córką. Miejsce ma znak Osteria Tipica Trentina - gwarantuje on, że począwszy od przystawek, a kończąc na deserach i winach, wszystkie potrawy będą miały tradycyjny, tylko w tych stronach spotykany smak. W środku stare meble, starannie dobrane lampy, ceramiczne piece. Na ścianach wiszą zbierane przez gospodarzy dawne narzędzia, obrazy miejscowych artystów oraz czarno-białe zdjęcia Dolomitów. Pokoi jest tylko siedem, ale każdy z własną łazienką.

Ucztę zaczynamy od trydenckiego spumante, białego musującego wina (wyśmienite!). Potem sery (także kozie i owcze) i wędliny (nawet z jelenia) podane z pieczonym na miejscu chlebem. Doskonała jest też zupa z białego wina, ale najbardziej zaskakuje mnie kasza przypominająca nasz pęczak, podana z gęstym sosem z czerwonego wina oraz owoców czarnej i czerwonej porzeczki. Znam wszystkie składniki, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by je połączyć. Efekt jest znakomity! Na deser migdałowe ciasto z waniliowym sosem oraz białe słodkie Vin Santo (gospodarze tłumaczą, że nazwano je tak, ponieważ pachnie i smakuje jakby było święte). Na koniec oglądamy piwnicę z winami, dumę właścicieli. Zgromadzili w niej blisko 300 gatunków, na poczesnym miejscu znajdują się te z Trydentu i Południowego Tyrolu.

***

Nazajutrz słynna Sellaronda, trasa wokół prawie pionowych ścian potężnego masywu Sella. Chcemy rozpocząć ją w Canazei, jednak odstrasza nas gigantyczna kolejka do wyciągu, która przypomina najgorsze sceny spod Kasprowego. Jedziemy więc kilka kilometrów dalej, stromą i krętą drogą do Pian Frata Ces. Tutaj kolejki nie ma, po kilku minutach siedzimy już w wagoniku. Przed nami cztery przełęcze: Passo Sella, Passo Gardena, Passo Campolongo i Passo Pordoi, połączone wyciągami i nartostradami, w sumie ok. 40 km. Trasa prowadzi to w górę, to w dół - i tak wiele razy. Większość wyciągów to szybkie, nowoczesne sześcio- i czteroosobowe krzesełka oraz wagoniki. Bramki pokonujemy nie wyjmując skipassów - zapisane są na kartach chipowych, wystarczy mieć je w kieszeni spodni, odczytywane są bezdotykowo.

Pogoda świetna, widoki olśniewające, jednak ten dzień z każdą godziną staje się dla mnie coraz cięższy. Trasy nie są aż tak bardzo trudne (można ominąć czarne), jednak by mieć przyjemność z ich pokonania, trzeba być w bardzo dobrej kondycji. Objazd całości zajmuje około 6 godz., a mnie po wczorajszym dniu solidnie bolą nogi.

Na lunch zatrzymujemy się w schronisku Jimmy's (2 225 m), ale tym razem mamy mało czasu. Kieliszek białego wina, zupa cebulowa i trzeba ruszać dalej. Kolejne zjazdy są coraz trudniejsze, aż w końcu stają się dla mnie zbyt trudne, zwłaszcza że gładka do tej pory nawierzchnia zamienia się w nieprzyjemne muldy. W dodatku momentami robi się wręcz tłoczno. Bolą mnie już nie tylko nogi, ale całe ciało i nawet widok na potężną Marmoladę nie poprawia mi humoru. Decyduję się więc zakończyć zjazd w Arabbi, koledzy pokonują jeszcze ostatni odcinek i wjeżdżają na Porta Vescovo (2 478 m). Czekając na nich, wyrzucam sobie, że przed wyjazdem nie poćwiczyłam czegoś innego niż tylko siedzenie za biurkiem...

***

Ostatniego dnia jedziemy do San Martino di Castrozza (1467 m), eleganckiego, popularnego już w XIX wieku kurortu u stóp potężnych i urwistych szczytów Pale di San Martino (z Moeny ponad 80 km). Stroma i kręta droga pod koniec zamienia się w serię przeraźliwych serpentyn. Od samego patrzenia kręci mi się w głowie, jednak trzydziestoletnia Teresa (nasz kierowca) pokonuje je z łatwością, zadając kłam dowcipom o kobietach za kierownicą.

Miasteczko pełne jest kameralnych hoteli, knajpek, uroczych sklepików ze starociami i z rękodziełem. Są figurki z drewna, kapcie ze sfilcowanej wełny, poduszki i serwety, na których wyhaftowano domki ze spadzistymi dachami, skaczące jelenie, pasterzy i czerwone serca. Może to trochę kiczowate, ale ja lubię taki styl, więc kupuję jedną z poduch. Atrakcyjne są też sklepy z miejscowym jedzeniem: sery, wędliny i wina, dżemy i konfitury z owoców, suszone grzyby, orzechowe ciasteczka. Mnóstwo przy tym kolorowych wstążeczek, papierków, ozdobnych sznureczków.

Spacerując po uliczkach San Martino, mamy okazję przyjrzeć się, jak powstają monumentalne rzeźby ze śniegu. Akurat trwa międzynarodowy festiwal, artyści przyjechali nie tylko z Niemiec czy Czech, ale nawet z Argentyny i Jakucji.

W bezpośrednim sąsiedztwie San Martino di Castrozza góry Punta Ces (2227 m) i Alpe Tognola (2220 m) zapewniają 45 km nartostrad. Przeważają trasy dla średnio zaawansowanych (czarne starannie omijam), czuję się więc świetnie i szybko zapominam o wczorajszych frustracjach. Niezwykłe są tu widoki na rozległe białe przestrzenie i wznoszące się nad nimi poszarpane skały szczytów Pale.

Ostatni lunch w górach jemy w niewielkiej restauracji Malga Fratazza. Jedna sala powiększona o drewnianą antresolę, rustykalne wnętrze zdobią wypchane zwierzęta, w pęknięcia belek powciskane monety z całego świata. Zamawiam tagliatelle z sosem z borowików i czerwone wino San Magdalena. Nasza przewodniczka Maria Grazia patrzy na mnie z lekkim wyrzutem: - To nie nasze wino, ono pochodzi z Południowego Tyrolu. Usprawiedliwiła mnie jednak szybko, ze zrozumieniem odnosząc się do faktu, że św. Magdalena to moja patronka. Rozmowę przerywają nam odgłosy dobiegające z antresoli. Tupanie w drewnianą podłogę, nawoływania, okrzyki i śpiewy. Nikt jednak nie wydaje się tym zaniepokojony, a nawet, ku naszemu zdziwieniu, kolejne osoby przyłączają się do śpiewających. Nad nami bawi się grupa kierowców rzymskich autobusów. Zrzeszeni w rekreacyjnym klubie Dopolavoro Atac spędzają razem wolny czas, tym razem na nartach. Śpiewają o tym, jaka doskonała jest włoska kuchnia, jak wyśmienite wino i jak piękne jest życie w Italii. Trudno się z nimi nie zgodzić...

Warto wiedzieć

•  Dolomiti Superski. 1220 km tras, ośrodki Val di Fassa - Carezza, Moena - Tre Valli, Val di Fiemme, San Martino di Castrozza - Passo Rolle. 1 luty - 14 marca: skipass 6-dniowy 220 euro, od 8 do 18 lat - 154, seniorzy - 198, dzieci do 8 lat gratis; po 15 marca: analogicznie - 193, 135, 174.

•  Trevalli. 100 km tras, obejmuje: Moena - Lusia Passo - San Pellegrino - Falcade. 1 luty -14 marca: skipass 6-dniowy - 184 euro, od 8 do 18 lat - 129, seniorzy - 165, dzieci do 8 lat gratis; po 15 marca: analogicznie -162, 113, 146.

•  Val di Fassa - Carezza. 120 km tras, w tym Sellaronda. 1 lutego - 14 marca: skipass 6-dniowy - 191 euro, od 8 do 18 lat - 134, seniorzy - 172, dzieci do 8 lat gratis; po 15 marca: analogicznie: 168, 118,152.

W sieci

www.dolomitisuperski.com

www. trentino.to

www. sanmartino.com