Święta i sylwester w Alpach Sabaudzkich. Szampan na kamieniu

A gdyby tak przywitać nowy rok w trzaskającym mrozie, pod rozgwieżdżonym niebem, pędząc na sankach z wysokiej góry?!
Przed nami dwie godziny marszu w głębokim śniegu. Nasz cel: Cretet des Vernes, 1850 m n.p.m. Noc sylwestrową zaczynamy zatem od porządnej kolacji. A nic tak nie syci jak sabaudzka specjalność raclette - roztapiany na małych patelenkach ser podawany z ziemniakami, korniszonami i wędlinami, popijany białym wytrawnym winem.

W drogę ruszamy koło 9 wieczorem, by bez pośpiechu dotrzeć przed północą na szczyt. Spodnie narciarskie, dwie pary skarpet, czapki i nieprzemakalne rękawice. Do tego getry, by sypki śnieg nie wdarł się do butów, i latarki czołówki. Plecak z wiktuałami niesie mąż szwagierki Zosi Noël, góral z dziada pradziada, który zna Alpy Górnej Sabaudii jak własną kieszeń. Przepyszna sucha kiełbasa, którą sam wędzi w stodole, zapas czekolady, termos z herbatą, no i oczywiście szampan. Ruszamy gęsiego - czworo dorosłych równie podekscytowanych jak dwoje dzieci, które idą z nami. Kilkaset metrów od domu (stara alpejska farma kryta gontem na obrzeżach wioski Saint Nicolas de Véroce) wchodzimy w las. Ogarnia nas głęboka cisza, którą przerywa jedynie chrzęst butów na śniegu, a od czasu do czasu trzaskające na mrozie drzewo czy pohukiwanie sowy w oddali. Pachnie sosnami, mroźne powietrze szczypie w policzki, choć energiczny marsz pod górę skutecznie chroni nas przed zimnem.

***

Do polany Deshappieux, 1650 m n.p.m., docieramy przed 11. Mamy więc czas, by zajrzeć do tutejszej bacówki i trochę odsapnąć (wówczas wysokogórska gospoda, dziś dom prywatny). Okna pokrył szron, u okapu wiszą potężne sople. W środku znajomi gospodarza siedzą przy kominku bądź popijają grzańca przy długich drewnianych stołach. Panuje rodzinna atmosfera i jakoś nikt się nie pali, by ruszyć z nami w ciemną noc i wspiąć się na szczyt, który leży nieopodal. Dzielnie opieramy się pokusie zostania tu na dłużej i wychodzimy żegnani zachęcającymi okrzykami (z nutką podziwu).

Do celu docieramy kwadrans przed czasem. W dzień roztacza się stąd panoramiczny widok: na masyw Mont Blanc z Aiguille Verte (4122 m) i lodowcem Bionnassay (4051 m), a także na łańcuch Aravis, Les Fizz i Aiguilles Rouges. Nocą podziwiamy za to migoczące w dole światełka oraz rozgwieżdżone niebo. Rozkładamy nasze smakołyki na kamieniu, rozlewamy szampana i czekamy na fajerwerki - znak, że wybiła północ. Mamy tu wspaniały punkt obserwacyjny! Niczym z prywatnej loży oglądamy pokazy ogni sztucznych równocześnie w kilku wioskach w dolinie: w najbliższych Saint-Gervais i Combloux, nieco dalszych Les Contamines i Passy, aż po odległe Sallanches. Nie dociera do nas jednak żaden dźwięk, nic nie mąci spokoju panującego w samym sercu gór.

***

I wreszcie gwóźdź programu: czterokilometrowy zjazd na sankach (ponad 500 m różnicy poziomów), pod sam próg domu. Muszę przyznać, że czuję się trochę niepewnie - ostatni raz jeździłam wieki temu! W dodatku moja latarka słabo świeci, a w niewielkim kręgu jej światła tańczą płatki śniegu, który właśnie zaczął prószyć. Jako jedyna z grupy nie znam też trasy, która najpierw wiedzie oblodzoną górską drogą (niczym prawdziwy tor saneczkowy!), a potem szlakiem narciarskim. Zjazd jest niebieski, więc niezbyt stromy, lecz miejscami to istna czerwona trasa. Postanawiam jechać za światełkiem mojego męża, którego czołówka jest najmocniejsza.

Sanki posłusznie skręcają i hamują na żądanie, stopniowo nabieram większej pewności siebie. Mknę w noc coraz szybciej i szybciej, piszcząc z zachwytu jak dziecko. I nie przeszkadza mi wcale, że czasem wyrzuca mnie na zakrętach, że śnieg spod płóz wpada za szalik, i że na wypłaszczeniach sanki tracą impet. Ani to, że nagle wpadam głową w wysoką na dwa metry zaspę pod armatką śnieżną, gubiąc w niej czapkę. Któż mógł przewidzieć, że trasa skręca tu niespodziewanie pod kątem 90 stopni!

Po pół godzinie docieramy na dół, z przemoczonymi butami, ale przeszczęśliwi. Dzieci są tak zmęczone, że zasypiają skulone na sankach (na ostatnim odcinku ciągnie je ojciec). W domu przebieramy się w suche ubrania, zapalamy świece i przystępujemy do rytualnego picia mocno rozgrzewającej kawy valdotin ze skórką cytryny, dużą ilością cukru, grappy i grubymi plastrami pomarańczy. Rzeźbione drewniane naczynie z czterema dziobkami - zwane kielichem przyjaźni - długo krąży z rąk do rąk niczym fajka pokoju.

Tuż przed pójściem do łóżek udajemy się na krótki spacer po uśpionej wiosce. Saint Nicolas liczy 250 mieszkańców. Stoi tu maleńki barokowy kościół z kamienia (świeżo odrestaurowany, pięknie oświetlony nocą), a na stoku przycupnęły drewniane chaty z rzeźbionymi balkonami, teraz przykrytymi wysoką czapą śniegu.

***

Kilka ostatnich dni, które tu spędziliśmy, także obfitowało w wielkie przeżycia... Jeszcze przed Bożym Narodzeniem, pokonując serpentyny wąskiej drogi, udajemy się na kiermasz świąteczny do oddalonego o sześć kilometrów miasteczka Saint-Gervais. Stoiska uginają się od ozdób choinkowych, upominków, konfitur z dzikiej róży i świdośliwy (jagody rosnące jedynie w korytarzach lawinowych), galaretek z kwiatów lebiodki, z ziela hyzopu i od wszelkiego rodzaju miodów.

Taki jarmark w dolinie Val Montjoie to nowość, zwyczaj przejęty od Niemców zaledwie dwa lata temu. W Sabaudii przyłączonej do Francji dopiero w 1860 r. (w zamian za wsparcie udzielone w walce z Austrią o zjednoczenie Włoch król Piemontu podarował wówczas region Napoleonowi III) święta Bożego Narodzenia obchodziło się skromnie. Wielkim luksusem były pomarańcze czy orzechy pod choinką. W Wigilię, zgodnie ze zwyczajem, nadal je się fondue - gar rozpuszczonego sera wymieszanego z białym winem i czosnkiem, w którym cała rodzina macza nadziane na szpikulec kawałki chleba. A potem pasterka, odprawiana wczesnym wieczorem. 25 grudnia, zaraz po porannej mszy, każdą wioskę Górnej Sabaudii od wieków odwiedza na saniach Święty Mikołaj, rzucając w rozbawiony tłum les papillotes - podłużne czekoladowe cukierki w szeleszczących papierkach, z zawiniętym w nie żartem czy filozoficzną sentencją. Zaś w drugi dzień świąt w Saint-Gervais artyści tworzą rzeźby ze śniegu - zafascynowani turyści patrzą, jak z nieforemnej zaspy wyłania się niedźwiedź polarny, pingwin czy renifer. Rzeźby zostaną na głównym placu miasteczka do nowego roku, powoli topniejąc w zimowym słońcu.

***

Ten malowniczy zakątek Francji leży nieopodal słynnego Chamonix-Mont Blanc uznawanego za mekkę alpinistów. To raj dla narciarzy i amatorów sportów górskich, którzy nie lubią tłumów. Okoliczne ośrodki narciarskie - Combloux, Les Contamines, Megeve czy właśnie Saint-Gervais i Saint Nicolas - tworzą wspólnie rozległą Domaine Evasion ze 125 wyciągami, 4 tys. m różnicy wysokości i 500 km tras narciarskich, z których często roztacza się bajeczna panorama masywu Mont Blanc. By móc pojeździć spokojnie na nartach, oddamy tu nawet trzymiesięczne maluchy do żłobka, a starsze dzieci do szkółek narciarskich lub znakomicie zorganizowanych świetlic. Czeka je przednia zabawa na dworze - sanki, łyżwy, lepienie bałwana.

Z innych atrakcji warto wymienić jazdę psim zaprzęgiem (dla chętnych z nauką powożenia), wspinanie się po zamarzniętych wodospadach, szybowanie na paralotni z nartami przypiętymi do nóg (speed-riding), wyprawy w góry na osiołku, loty balonem czy oglądanie Mont Blanc z helikoptera. W okresie świątecznym często organizowane są nocne zjazdy z pochodniami, podczas których grzane wino i gorąca czekolada leją się strumieniami.

Saint-Gervais proponuje także odnowę biologiczną w swoich wodach termalnych (zresztą pełna nazwa miasteczka brzmi Saint-Gervais-les-Bains, czyli Zdrój). Czekają baseny i sauny, kąpiele błotne i termoterapia, siłownie i "oazy" relaksu. Jednym słowem wszystko, co może służyć odzyskaniu formy i spokoju ducha. Wolny czas możemy zaś spędzić, zwiedzając kościółki i kapliczki na szlaku baroku łączącym Combloux, Saint Nicolas i Notre-Dame de la Gorge, wybudowane w XVII w. przez rzemieślników z Mediolanu.

A wszystko to we wspaniałej scenerii lodowców, pokrytych wiecznymi śniegami szczytów, ostrych grani, przepaści, zamarzniętych wodospadów i rwących potoków szumiących pod grubą warstwą lodu. Siarczystego mrozu i śniegu jest tu zawsze pod dostatkiem.