Sport.pl

Narciarskie raje. Tyrol - w dolinie Zillertal

639 km tras i 167 wyciągów w kilku odrębnych centrach, z jednym skipassem
Po operacji kolana (zerwane wiązadło) i wielomiesięcznej rehabilitacji pomysł wyjazdu na narty zabrzmiał kosmicznie. Decyzja zapadła w sylwestra - w styczniu jedziemy do doliny Zillertal. Zima w Tyrolu bez nart? Ciekawe, czy można to przeżyć? Na wszelki wypadek mocuję bagażnik narciarski na dachu samochodu, wykupuję pełne ubezpieczenie z pakietem ski. Może chociaż jakaś ośla łączka?

***

Podróżowanie w Europie bez granic jest bardzo przyjemne (czeska i austriacka straż graniczna potrafiła uprzykrzyć życie), no i dużo szybsze. Trasę 840 km (Krnov, Olomouc, Brno, Stockerau, St. Polten, Salzburg, stąd autostradą A8 przez Niemcy w kierunku Innsbrucku) pokonaliśmy w 10 godzin. Po drodze zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie także po to, by kupić winietki (Czechy - 330 koron, Austria - 8,20 euro).

Wreszcie zjazd z autostrady na B169 w 27-kilometrową dolinę Zillertal, szeroką, otoczoną licznymi dwutysięcznikami i... zieloną. Fanom białego szaleństwa oferuje 639 km tras i 167 wyciągów w kilku odrębnych centrach. Za Mayrhofen (630 m n.p.m.) dolina rozgałęzia się. Jej zachodnia odnoga - Tuxertal - pnie się ostro w górę, po 17 km osiągając 1500 m n.p.m. Widać stąd wieńczący ją lodowiec Hintertux z terenami narciarskimi do wysokości 3250 m (6-dniowy karnet Zillertaler Superskipass na wszystkie wyciągi w dolinie - 176 euro, dzieci - 88).

Kwaterujemy w Ramsau. Do najbliższego wyciągu mamy 20 metrów. Chcąc rozruszać mięśnie, idziemy na spacer. Zaraz za mostem nad rzeką Ziller zaczyna się miejscowość Hippach. Malownicze uliczki z pensjonatami pną się po zboczach doliny. Niżej rozległe pastwiska, plac zabaw, wielkie centrum sportów letnich oraz tereny z ośmioma trasami do biegania i popularnego tu nordic walking. Z większości bardzo zróżnicowanych tras, liczących od 2,5 do 11 km, można korzystać także zimą. System oznakowania, z kolorem określającym stopień trudności, informacjami o długości, kierunku, podejściach i największej wysokości, pozwala wybrać najodpowiedniejszą.

Wybieramy łatwą niebieską "river run" - idealną na przedpołudniowy niedzielny spacer. Na rozległej polanie zbudowano z desek krąg wyłożony słomą. W prowizorycznych zagrodach pod gołym niebem stoją w karnych szeregach śnieżnobiałe owce. Przy drodze kramy z alpejskimi dzwonkami, piwem i kiełbasą z rusztu. Trafiliśmy na festyn z okazji 60-lecia miejscowego stowarzyszenia hodowców owiec. Zwierzęta wychodzą na wybieg jak rasowe modelki. Kilka rund pod bacznym okiem sędziego i wybór tych najlepszych. Zwyciężczynie dekorowane są kolorową kokardą, dla hodowcy dyplom i rzeźbiona w drewnie figurka owcy.

***

Do Mayrhofen (3700 mieszkańców) docieramy pociągiem wąskotorowym. Trasa kolejki liczącej 32 km prowadzi przez całą dolinę, wcześniej jedynym środkiem transportu były zaprzęgi konne (budowę ukończono 31 lipca 1902 r.). Pomimo swoich ponad 100 lat spisuje się znakomicie. Minione czasy przypomina jeżdżący co środę - a w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku codziennie - parowóz z wagonami z początku ubiegłego wieku. Dziś między położonymi w dolinie miejscowościami jeżdżą pociągi elektryczne i autobusy (przejazd w cenie karnetu). Stacja kolejowa w Mayrhofen jest ostatnią w dolinie.

Po kilku krokach w górę ulicą Durster, pojawia się ogromny punkt informacji turystycznej, przed nim symbol miasta - spiżowy koziorożec. Idziemy do centrum tętniącą życiem Hauptstrasse z niezliczonymi restauracjami, kawiarniami i sklepami, m.in z luksusową biżuterią - przeważają wyroby ozdobione kryształami Swarovskiego szlifowanymi w Wattens, 10 km od wlotu do doliny. Dla miłośników nocnego życia bary i dyskoteka "Sapek Easy Arena". Gęsta zabudowa to połączenie tradycyjnej tyrolskiej architektury i nowoczesnych, wysmakowanych form, sporo eleganckich hoteli i pensjonatów. Widzimy wielu narciarzy z nartami na plecach. Okazuje się, że w samym centrum miasta znajduje się dolna stacja kolejki linowej Penkenbahn. Ośmioosobowe wagoniki, ostro wspinając się w górę, wywożą narciarzy na szczyt Penkenjoch. Można tu dotrzeć tylko pieszo, bądź jednym z nielicznych autobusów.

Duży parking samochodowy znajduje się pod dolną stacją kolejki linowej na szczyt Ahorn (1965 m) - to nowa inwestycja w dolinie i jednocześnie największy w Austrii wagon zabierający jednocześnie 160 osób. Przypominające rozmiarami salę gimnastyczną monstrum w ciągu 6 minut pokonuje wysokość ponad 1300 m. Ze szczytu rozciąga się piękny widok na dolinę i otaczające ją trzytysięczniki. Trasy narciarskie na Ahorn przeznaczone są przede wszystkim dla początkujących, przeważają niebieskie, doskonale przygotowane i mało uczęszczane, czerwona 5. daje dodatkową, rzadką możliwość zjazdu do samej doliny. Ale na Ahorn najbardziej przyciąga wioska igloo "White Lounge". W ciągu dnia amatorzy soft drinków, serwowanych w barze igloo, wystawiają twarze do słońca okupując rozłożone tam leżaki. Spragnionym nocnych atrakcji wioska oferuje party przy świecach, saunę oraz nocleg w dziesięciu lodowych apartamentach (noc w 4-osobowym igloo - od 111 euro, w tym kolacja i śniadanie).

***

Decyzję o założeniu nart (ach, to prawe kolano!) pomógł mi podjąć brat, bliskość wyciągu i... ciągły widok narciarzy. W pełnym rynsztunku czekam pod jednoosobowym wyciągiem krzesełkowym na Ramsberg (mały ośrodek przynależny do terenów Zillertal Arena). Krzesełko nieomal pionowo pokonuje trasę na Sonnalm. Pod stopami zielone łąki i wijąca się serpentynami droga. Śnieg pojawia się najpierw płatami w zacienionych miejscach, w lesie leży go więcej, a na hali (1350 m), gdzie jest górna stacja wyciągu - bardzo dużo. Wsiadamy na kolejne krzesło, wywożące nas na Arbiskogel (1830 m). Przed nami niezwykle malownicza pionowa ściana Gerlossteinwand (2166 m) - raj dla wspinaczy. Z góry wiodą trzy trasy - czarną 3. odrzucam od razu, wybieram czerwoną 2. Pierwsze skręty, staram się nie obciążać prawej nogi. Nie jest źle, tym bardziej że początkowo wąska trasa rozszerza się. Rozpędzam się, choć nadal jestem najwolniejszym narciarzem. Czuję się coraz pewniej. Łąka kończy się wąskim, krętym gardłem. Za ostatnim zakrętem zacieniona ściana i charakterystyczny dźwięk szlifujących lód krawędzi nart. Zatrzymuję się na szczycie. W myślach wybieram najlepszy tor jazdy. Staram się raczej zsuwać, niż zjeżdżać. Stromizna jest jednak zbyt duża by utrzymać minimalną prędkość. Przy skręcie w lewo obciążana górna narta traci przyczepność. Padam na bok, na szczęście głową w górę stoku i zaczynam się ślizgać. Narty do góry, by chronić nogi. Zatrzymuję się cały i zdrowy u podnóża ściany. Dalsza część dwójki to sama przyjemność. Następujące po sobie strome odcinki trasy przeplatane są płaskimi pozwalającymi wytracić prędkość.

Czerwona 1. jest dużo krótsza. Zjeżdżamy nią do górnej stacji kolejki linowej prowadzącej z Hainzenbergu. Zaczyna się tu 7-kilometrowy naturalny tor saneczkowy - najdłuższy w dolinie. Drewniane sanki wypożyczamy u Petera Eberhartera przy dolnej stacji (4,50 euro). Są bardzo ciężkie, płozy obite solidną stalową taśmą, pod siedziskiem wyłożonym skórą konstrukcja z metalowych rurek. Wjeżdżamy wagonikiem na górę, ustawiamy się na linii startu, i w dół! Tor wydaje się płaski, jednak sanki ciągle przyśpieszają, Po kilkuset metrach nietrudno utrzymać się w torze, gdy biegnie w miarę prosto, ale są też (nieliczne na szczęście) ostre zakręty. Hamuję rękami i nogami, mimo to na pierwszym 90-stopniowym zakręcie wypadam z trasy. W wielu miejscach z jednej strony ogranicza ją skalna ściana, a z drugiej niemal pionowa skarpa i wiekowe świerki. Kryształki śniegu zalepiają gogle, lodowe muldy podrywają sanki w górę. Lądowanie prawie zawsze jest bolesne. To sport dla twardzieli, którzy dzięki sztucznemu oświetleniu toru mogą podnosić poziom adrenaliny do pierwszej w nocy.//

Po dwóch zjazdach mamy dosyć. Jedziemy do Fugen, do nowo otwartego kompleksu termalnego. Kilka basenów wyłożonych płytami stalowymi, wodne łóżka z masującymi strumieniami, relaksujące światło, 8 rodzajów sauny i 133-metrowa ślizgawka skutecznie regenerują siły.

***

Następny pełen słońca dzień to początek narciarskiego safari. Na pierwszy ogień miejscowość Zell, skąd mamy dostęp do głównej części Zillertal Arena i 160 km tras. Pod stacją ośmioosobowej kolejki gondolowej tłok. Napięcie rozładowuje didżej puszczający skoczne rytmy - tłum podchwytuje melodię i zaczyna falować, nikt już nie narzeka. Wjeżdżamy na halę Rosenalm. Na dużym, płaskim terenie trzy restauracje i szkółki narciarskie oraz miejscowa maskotka - żółty słoń w butach narciarskich.

Stąd prowadzą kolejne wyciągi w górę, jest ich tyle, że przy żadnym nie ma kolejki. Kierują strumienie narciarzy na szczyt Karspitz (2264 m) lub najwyższy w tym rejonie Ubergangsjoch (2500 m). Z obu gór prowadzą trasy czerwone, wśród których do najlepszych należą 3. i 5. z Karspitz i 9. z Ubergangsjoch. Szerokie, z optymalnym nachyleniem, doskonale przygotowane, 9. z systemem dośnieżania, gwarantującym doskonałe warunki do wiosny. 11. i 5. docieramy do Isskogel (2264 m) - to dopiero połowa obszaru. Dalej miejscowość Gerlos oraz kolejne dwa szczyty: Konigsleitenspitze (2315 m) i Gerlosplatte (1890 m). Można tam dotrzeć na nartach w ciągu jednego dnia, ale przy moim tempie jest to niewykonalne. Wracamy. Rosenalm żegna nas dziesiątkami kolorowych balonów szybującymi w niebo. To koniec kolejnego kursu narciarskiego dla najmłodszych.

***

Tereny Penken (76 km tras) poznajemy tym razem od strony Schwendau. Górna stacja kolejki Horbergbahn znajduje się tuż poza górną granicą lasu w olbrzymiej dolinie otoczonej z trzech stron szczytami Knorren, Horberg i Rastkogel. Ich zbocza przecinają siatki tras skąpanych w słońcu. Na rozgrzewką zjazd niebieską nr 8, idealną dla stylu karvingowego. Sześcioosobowym krzesłem jedziemy na Horberg. Z góry wiodą cztery trasy. Czarną i niebieską odpuszczamy, czerwona 7. na początku zaskakuje stromizną. Później robi się bardziej płaska i rozszerza się. Jedziemy w tłumie narciarzy, wcale nie najwolniej. Czerwona 27. jawi się jako oaza spokoju, urozmaicona kilkoma ostrymi łukami i stromymi ściankami. Widokowo nadzwyczajna. Wjeżdżając ponownie do góry, obserwujemy karkołomne freestylowe akrobacje narciarzy i snowboardzistów na wielkim snowparku "Vans".

Przenosimy się na przeciwną ścianę doliny. Prócz fantastycznych tras czerwonych są także trzy czarne, w tym najbardziej stromy, regularnie ratrakowany, stok w Austrii. Czarna 18. - "Harakiri" - ma 78 proc. nachylenia. Jest przy tym licznie odwiedzana, szczególnie w piątki między godz. 13 a 15, gdy zamontowana kamera automatycznie wykonuje zdjęcia przejeżdżającym. Trochę nas rozczarowuje, bo nie jest długa i pełno na niej zsuwających się na krawędziach narciarzy. Lepsze wrażenie robi czarna 4., wymagająca wysiłku na całej długości. Ze szczytu Penkenjoch (2095 m) amatorzy mocnych wrażeń mogą poszybować w dolinę na spadochronie.

Konsultacje narciarskie Romuald Kita