Sport.pl

Narty we włoskim Tyrolu. W zamieci z armatek

Bezśnieżna zima? W Dolomitach to nie problem. Nikt tu nie oszczędza na armatkach - trasy narciarskie przygotowano wybornie
Dowiedziawszy się, że w południowym Tyrolu jest kilkadziesiąt ośrodków narciarskich, półtora tysiąca kilometrów tras zjazdowych i ponad pięćset wyciągów, w pierwszej chwili można się zniechęcić - jak spośród takiego bogactwa wybrać najlepsze miejsce na kilkudniowy pobyt? Może więc kierować się odległością? W ubiegłym tygodniu odwiedziliśmy kilka ośrodków we wschodniej części tego regionu, od Warszawy dzieli je niecałe 1,2 tys. km.

***

Alta Pusteria poszła na pierwszy ogień. Zwana jest Krainą pod Trzema Blankami - nazwa pochodzi od charakterystycznej formacji skalnej, która stała się wizytówką tego miejsca. W dolinie jest siedem kameralnych ośrodków (łączy je skibus), w każdym po kilka wyciągów i kilkanaście tras zjazdowych.

Zatrzymujemy się we wsi Moos na wysokości 1300 m n.p.m. Już na pierwszy rzut oka widać, że tegoroczny problem braku śniegu został przezwyciężony. Sztucznie naśnieżone trasy zjazdowe wyraźnie odcinają się białymi wstęgami na brązowo-zielonym tle gór. Armatki plują białymi granulkami, co szczególnie cieszy dzieci, z upodobaniem wjeżdżające w śnieżną "zamieć". Włosi nie oszczędzają na naśnieżaniu - otwarte są niemal wszystkie trasy i wyciągi, a nie tylko wybrane. Warstwa śniegu jest gruba, równo ubijana wieczorem i wczesnym rankiem przez ratraki. Ponieważ jednak w ciągu dnia temperatura jest dodatnia, po południu warunki się pogarszają. Problemem jest nie tyle rozmiękanie śniegu (sztuczny nie rozpuszcza się tak łatwo jak naturalny), co lodowacenie tras w miejscach, gdzie narciarze zmietli puch na boki. Ogólnie jednak wypada uznać warunki za bardzo dobre. Podobnie będzie we wszystkich ośrodkach, które odwiedzimy.

Wprost spod hotelu gondola zabiera nas na 2 tys. m n.p.m. Jest tu polana, na której ulokowano restaurację w drewnianej chacie i rozmaite atrakcje dla dzieci, m.in. wielkie lodowe bałwany, do których można wejść jak do igloo. W zagrodzie pasą się renifery, podczas Bożego Narodzenia służące w zaprzęgu św. Mikołaja. Dla najmłodszych narciarzy zamontowano ruchomy chodnik - opiekun ustawia dziecko razem z nartami na taśmie i przechodzi na jej drugi koniec, gdzie zdejmuje zachwyconego malca. Takie "bezstresowe" wyciągi zauważyłem w każdym ośrodku, ale zwykle znajdowały się u podnóża, a nie - jak tu - na górze.

Orczyk wiezie nas 200 m wyżej, pod samą Czerwoną Ścianę (niem. Rotwand - tak nazywa się ów ośrodek). Nietrudno odgadnąć, skąd nazwa - promienie popołudniowego słońca oświetlają od tyłu postrzępione grzebienie skalne, zabarwiając je na różowo. Na drugą stronę przełęczy wiodą trasy trekkingowe. Po drodze można zwiedzić groty, w których podczas wojny ukrywali się Austriacy. Podobno turyści wciąż znajdują tu amunicję.

Zjeżdżamy 3,5-km trasą pod dolną stację gondoli, napawając się niesłyszanym od zeszłej wiosny szmerem śniegu uciekającego spod desek i wiatrem mrożącym twarz. Pierwszy zjazd w sezonie jest zawsze najlepszy!

Po dwóch godzinach stoki Rotwand znamy jak własną kieszeń. Można wybrać jedną z kilku wersji tej samej trasy, mniej lub bardziej stromą (najostrzejsze przypominają Nosal), ale na tym wybór się kończy. Przejeżdżamy więc darmowym skibusem do odległej o niecały kilometr miejscowości Sesto pod Monte Elmo (2433 m n.p.m.). Stąd gondola, a później wyciąg krzesełkowy wwożą nas na 2200 m n.p.m. Panorama zapiera dech - rząd trzytysięczników, w tym Trzy Blanki (we włoskim Tyrolu znajduje się ponad 80 wierzchołków przekraczających 3 tys. m n.p.m.).

Góry widoczne z Monte Elmo to niby-zegar. Kolejne szczyty noszą nazwy: Dziewiąta, Dziesiąta, Jedenasta, Dwunasta i Pierwsza, gdyż o tych godzinach słońce świeci prosto ponad nimi, wskazując czas niczym wskazówka na cyferblacie. Ten "zegar" działa tylko w dni słoneczne, ale takich w Dolomitach jest statystycznie aż trzysta w roku.

Na Monte Elmo przygotowano 21 km urozmaiconych tras, głównie czerwonych i czarnych, kursują gondole i nowoczesne, wygodne krzesełka wieloosobowe (orczyki wyraźnie odchodzą w przeszłość). Wyciągi kończą pracę o 16.30, a jeśli komuś mało, niech zapyta o najbliższy oświetlony stok - w każdym rejonie jest taki przynajmniej jeden, choć niekoniecznie czynny codziennie.

Alta Pusteria to również znakomite miejsce dla narciarzy ski-tourowych (przełajowych). Także dla biegaczy przygotowano i oznakowano 200 km tras, do najpiękniejszych należy ta wokół jeziora Lago di Braies. W dolinie znajdują się szlaki turystyki pieszej (gdy jest więcej śniegu, instruktorzy prowadzą wycieczki na rakietach śnieżnych) i kilka naturalnych torów saneczkowych. Na miejscu można kupić szczegółowe mapy poświęcone tym sportom.

***

Plan de Corones (Kronplatz), nasz kolejny cel, to jeden z większych i bardziej znanych ośrodków we włoskim Tyrolu, pół godziny drogi od Alta Pusteria.

Szczyt jest obłożony wyciągami z trzech stron i z tylu kierunków można nań dotrzeć. My wjeżdżamy od północy, najdłuższą, ponadczterokilometrową gondolą. W dół wiodą stąd dwie czarne trasy wycięte w zacienionym lesie. Dopiero gdy docieramy na górę i oświetla nas słońce, mroczna atmosfera się ulatnia. Kronplatz znaczy "łysina". Nazwa dobrze oddaje charakter tego rozległego i płaskiego szczytu o wysokości 2275 m n.p.m. Roi się tu od leżaków i ludzi, ale na stokach nie ma tłoku, a w kolejce do wyciągu zdarzyło mi się stać tylko raz przez kilka minut. Uwagę przyciąga wieża widokowa z dzwonem symbolizującym pokój między Austrią i Włochami. Przez wieki południowy Tyrol przechodził z rąk do rąk, w zależności od sytuacji geopolitycznej w Europie, aż po II wojnie kilka traktatów międzynarodowych potwierdziło przynależność tego regionu do Włoch. Jednak jeszcze w latach 70. separatyści tyrolscy wywołali strzelaninę na przełęczy Brenner. Dopiero rozmowy między Włochami i Austrią o zaniechaniu roszczeń z lat 1992-97 ustabilizowały sytuację.

Po wschodniej stronie Kronplatz trasy są długie i szerokie, dostosowane do nart carvingowych i snowboardów, jest tu też halfpipe (rynna do akrobacji). Południowe stoki są bardziej urozmaicone. Zjechawszy w pierwszą dolinę, wskakujemy na północnym zboczu Piz da Peres na trasę slalomową FIS. Dalej w kierunku południowo-zachodnim wiedzie spokojny, łagodnie nachylony stok (blisko 4 km). Żadnych spadków, niewiele zakrętów, nie wspominając o muldach - jadąc równymi skrętami można wpaść w trans. Dopiero przy parkingu w Miara trzeba się zatrzymać. Stąd gondola wozi narciarzy do San Martino. Tu przesiadka w autobus i dalej, do Alta Badia, gdzie rozpoczyna się słynna Sella Ronda - 28-kilometrowa trasa wokół masywu Sella w sercu Dolomitów. Jednak na nią trzeba wyruszyć wcześnie rano. Dziś słońce zaczyna się już chować za góry, wracamy więc kolejkami na "łysinę", co zabiera ok. 40 minut, i zjeżdżamy w dół do Bruneck (Brunico).

***

W Valle Aurina, kilkanaście kilometrów na północ od Bruneck, spędzamy kolejny dzień (to już Alpy Zillertal, nie obowiązuje Dolomiti Superski, karnet dla dorosłego w szczycie sezonu kosztuje 30 euro za dzień i 134 za pięć dni). To kameralny ośrodek z atmosferą o wiele spokojniejszą od tej w "kombinacie" Plan de Corones.

Przed południem jeździmy w Speikboden. Gondola wiezie narciarzy z poziomu 950 m na 2000 m n.p.m. Niemal wszystkie trasy mają średnie nachylenie i nie powinny sprawiać kłopotu nawet mało zaawansowanym narciarzom i deskarzom. Trochę bardziej stromy i kręty zjazd prowadzi na sam dół, do parkingu.

Trasy towarzyszące wszystkim pięciu wyciągom da się objechać w ciągu godziny. Poczwórne krzesełko wywozi nas na grań - z wysokości 2400 m n.p.m. przy przejrzystym powietrzu widać stąd m.in. Plan de Corones i lodowiec Marmolada (3265 m n.p.m.). Białe są tylko najwyższe partie gór. Postawione wokół tras zjazdowych tablice z ostrzeżeniem o lawinach wyglądają jak modlitwy o śnieg. Ale jeździ się tu znakomicie. Kryształki śniegu wyrzucanego przez armatki lśnią w promieniach słońca, które późnym przedpołudniem wychodzi zza gór i zalewa stoki.

Po obiedzie pora na sąsiedni rejon - Klausberg (5 min skibusem z Speikboden). Uruchomiona w tym sezonie czerwona gondola, której wnętrze jeszcze pachnie nowością, wiezie nas na 2510 m n.p.m. Tu trasy są bardziej wymagające, bardziej strome. Ale też nie można się zgubić - czy pojedziemy w lewo, czy w prawo, zawsze trafimy do dolnej stacji jednego z trzech wyciągów lub na nartostradę wiodącą do parkingu. Jest późne popołudnie, stoki są zmrożone. Zamiast zsuwać się po wyślizganym środku trasy, lepiej trzymać się blisko krawędzi, gdzie leży nieubity śnieg. Przed wieczorem zatrzymujemy się jeszcze w opustoszałym barze na szklaneczkę bombardino (popularny gorący napój na bazie ajerkoniaku). Na dół zjeżdżamy już o zmroku.

***

W pobliskim Welsberg stoi pokraczna budowla z drewna oblana śniegiem i wodą - służy za ściankę wspinaczkową. Oświetlona reflektorami przypomina z oddali gigantycznego, lodowego pająka. W szczytowej wieżyczce umieszczono dekoracyjne okienko z palącym się światłem - instruktorzy żartują, że to bar, a kto tam dojdzie, dostaje darmowego drinka.

Dostaję uprząż, kask, buty z rakami i dwa czekany. Instruktor podpina mnie do zwisającej z góry liny asekuracyjnej - drugi jej koniec trzyma w ręku. Jak u licha wdrapać się na pionową ścianę? Po pierwszych nieporadnych ruchach okazuje się, że raki i czekany dają całkiem dobrą przyczepność i - o dziwo - pnę się do góry. Utrata równowagi czy odpadnięcie ze ściany nie grozi kontuzją - lina trzyma mocno, można odzyskać podparcie. Docieram do szczytu i zjeżdżam w dół. Z emocji straciłem poczucie czasu, ale zdaje się, że wspinałem się około kwadransa (za 10 euro każdy może się wdrapywać pod okiem instruktora tak długo, jak mu się podoba; ścianka jest otwarta dwa razy w tygodniu - w środy po godz. 19 i soboty od 13).

Ostatniego ranka przed powrotem do Polski zwiedzamy jeszcze Bruneck. W tym 15-tys. miasteczku jest nie tylko dużo hoteli i restauracji, ale też sporo ciekawych kamienic i zabytków: dobrze zachowany zamek z XIII w., średniowieczne bramy, kościół św. Wawrzyńca z XV-wiecznymi malowidłami. Turystom ogarniętym białym szaleństwem łatwo zapomnieć, że południowy Tyrol to nie tylko ośrodki narciarskie. A przecież nigdzie w Europie na tak niewielkim obszarze (7400 km kw. - jedna piąta województwa mazowieckiego) nie pobudowano ponad 400 zamków, fortec, klasztorów i pałaców. Warto wrócić w te okolice podczas wakacji. Zresztą i latem da się tu jeździć - na lodowcach.

Warto wiedzieć

Karnety

Aż 12 ośrodków - m.in. Alta Pusteria, Plan de Corones, Val Gardena, Cortina d'Ampezzo - posiada wspólny skipass Dolomiti Superski, co oznacza, że kupujemy jeden wielodniowy karnet (odpowiednio tańszy niż kilka jednodniowych), a każdego dnia możemy jeździć w innym miejscu. Pięciodniowy skipass dla dorosłego w szczycie sezonu (4 lutego - 17 marca) kosztuje 176 euro, jeden dzień - 40 euro. Dzieci poniżej ośmiu lat jeżdżą za darmo, 8-15 lat - 30 proc. zniżki. Seniorzy powyżej 60. roku życia - 10 proc. zniżki. W promocji dla rodzin darmowy karnet dostanie trzecie i czwarte dziecko.

Noclegi

Tygodniowy pobyt w naszym czterogwiazdkowym hotelu Bad Moss wraz ze śniadaniem, obiadokolacją i korzystaniem z odnowy biologicznej - od 511 euro za osobę. Ceny zależą od standardu pokoju i sezonu. Bad Moss ma spory basen, w którym - to rzadkość - da się normalnie popływać, a nie tylko wymoczyć. Drugi, mniejszy basenik, z jacuzzi, wychodzi na zewnątrz. Leżąc w ciepłej, parującej wodzie, zażywamy hydromasażu pleców, patrząc na pogrążające się w mroku Dolomity. Później czekają sauny. Za dodatkową opłatą można zamówić kąpiel ziołową lub masaż (ok. 50 euro za 50 min).

W okolicy bez trudu znajdziemy znacznie tańszą kwaterę, nawet poniżej 300 euro. Niektórzy właściciele proponują skipass w cenie pokoju.

Język i kuchnia

Równie łatwo co po włosku dogadamy się po niemiecku - dla 68 proc. ludności jest to pierwszy język. 4 proc. używa retoromańskiego. Mieszanka wpływów germańskich i romańskich odbija się także w kuchni południowego Tyrolu. Tradycyjną przystawką jest speck, czyli podwędzona i lekko solona szynka dojrzewająca przez 22 tygodnie, a z dań głównych mamy do wyboru: comber z sarny, pieczeń z jelenia, knedle z boczkiem lub tortelloni - rodzaj pierogów wypełnionych farszem ze szpinaku i sera, no i - rzecz jasna - przeróżne makarony i pizze. Na deser szarlotka lub tiramisu. Wszystkim posiłkom obowiązkowo towarzyszą wina, z których słynie region: Gewuerztraminer, Vernatsch, Lagrein. W trawieniu pomoże też kieliszek grappy, wódki ze skórek i pestek winogron (uwaga! nie pije się jej schłodzonej, gdyż aromat uwalnia się w pełni przy 15 st. C). Pijąc alkohol na stoku, pamiętajmy, że zgodnie z włoskim Prawem Górskim zabroniona jest jazda na nartach w stanie nietrzeźwym, limit taki sam jak na drogach: 0,5 promila.

W sieci

http://www.suedtirol.info

http://www.dolomitisuperski.com

http://www.dolomity.net.pl

http://www.narty.dolomity.pl