Narty we wschodnim Tyrolu. Gromadą na stok

Narty w Alpach z małymi dziećmi? Odpocząć, nie zamęczyć siebie i maluchów i rzeczywiście spędzić trochę czasu na stoku. Jak mawiali przodkowie - czy to możebne?
Od kilku lat na narty jeździłem sam z synem. Niby fajna męska przygoda, ale tęskniliśmy za naszymi dziewczynami, a ja miałem wyrzuty sumienia - byczę się, gdy żona w kraju, sama z dwiema małymi dziewczynkami. W tym roku się uparłem - jedziemy w Alpy razem. Żona, sceptyczna ("dziewczynki są za małe, tylko się umęczymy, zaraz się rozchorują"), w końcu dała się namówić. Chętni okazali się też przyjaciele z dwójką małych dzieci.

Założenia były takie: niezbyt daleko, żeby maluchy wytrzymały podróż; i w ośrodku narciarskim, i w hotelu muszą być udogodnienia dla rodzin z małymi dziećmi; region narciarski powinien być tuż tuż, i to niezbyt mały, by dało się pojeździć; no i rozsądna cena. Podróż samochodami, nawet dwudniowa, byłaby dla dzieciaków zbyt męcząca - a więc coś blisko lotniska, postanowiliśmy. Jesienne miesiące zajęły nam poszukiwania w internecie i w Austriackim Ośrodku Informacji Turystycznej oraz maile do pensjonatów. W grudniu zapadła decyzja: wybieramy Sankt Ulrich w dolinie Pillerseetal we wschodnim Tyrolu, 50 km od lotniska w Salzburgu.

Dzień 1. Podróż

Sobota, 14 stycznia, ruszamy. Rodzina pierwsza: rodzice Kasia i Marcin z dziećmi - Jaś (8 lat), Marysia (3,5) i Zosia (1,5). Rodzina druga: Agnieszka i Piotr z Kajtkiem (4 lata) i Tonią (2,5). Uff, istne przedszkole. Samolot SkyEurope z Okęcia ma lekkie spóźnienie, dzieci wariują, ale lot mija szybko. Prócz nas na narty wybrało się jeszcze kilka rodzin z maluchami (na szczęście nie ma pasażerów "niech-rodzice-uciszą-to-dziecko!").

W Salzburgu wypożyczenie zamówionego wcześniej dużego auta (pomieści wszystkich) zajmuje godzinę. Dzieci na szczęście są spokojne, trochę drzemią, w 50 min przyjeżdżamy do hotelu Pillerseehof w Sankt Ulrich (spora wieś ze ślicznym gotyckim kościółkiem). Po kolacji dzieci szybko idą spać. Początek więc nie najgorszy.

Dzień 2. Rekonesans

Niestety, Zosia w nocy marudzi, budzimy się niewyspani. Nic to... Po śniadaniu trochę jeszcze niezorganizowani jedziemy do najbliższego ośrodka narciarskiego Buchensteinwand. To najmniejsza góra regionu, ale najbliżej hotelu (3 km), a u jej podnóża znajduje się Bobo-Kinderpark, który ma być "rajem dla małych przyszłych narciarzy". Rozdzielamy się: dwoje dorosłych idzie na narty z ośmioletnim, dobrze jeżdżącym już Jasiem, dwoje opiekuje się czwórką maluchów.

Bobo-Kinderpark nie jest może rajem, ale jest się gdzie pobawić: na śniegu przy huśtawkach, na zjeżdżalni z małą górką na sanki i kursującą raz po raz ciuchcią. Ale po dwóch godzinach dzieci mają dość, jest mróz, trzeba wejść do schroniska. Teraz maluchami zajmą się rodzice, którzy jeździli na nartach...

A na stokach sporo słońca, trasy dobre - jedna czarna, kilka ostrych czerwonych. Czujemy jednak, że za dzień-dwa będziemy się tu nudzić. Stoki w Buchensteinwand liczą w sumie 19 km. Trochę mało.

W schronisku Marysia wylewa na siebie talerz z rosołem, na szczęście niezbyt gorącym. Rajstop na zmianę brak, trzeba szybko zarządzić odwrót do hotelu.

Każdy narciarz jeździł dziś po blisko półtorej godziny. Ale rano się grzebaliśmy, trzeba usprawnić organizację. Jutro średnie dzieciaki - Marysię i Kajtka - oddamy do szkółki narciarskiej.

Wieczór w hotelu miły - jedzenie niezłe, dzieci spędzają trochę czasu w pokoju zabaw, potem idziemy na basen. To będzie dla maluchów wielka, cowieczorna atrakcja (jest brodzik z malutką zjeżdżalnią, a obok normalny, choć nieduży basen).

Dzień 3. i 4. Wspaniałe narty

Poniedziałek to debiut w szkółce. Marysia jest dzielna, Kajtek ryczy - za nic w świecie nie chce opuścić rodziców i zostać pod opieką pani, która jest miła, ale nie mówi po polsku. W końcu jakoś się uspokaja. Grupa liczy ok. 15 dzieci (trochę za dużo). Najpierw gimnastyka, potem zjazdy na maleńkiej górce, podjazdy na taśmie. Kajtek radzi sobie świetnie, Marysia gorzej, ale też zaczyna coś łapać.

Trójka dorosłych i Jaś ma czas pojeździć. A ja zajmuję się w Bobo-Parku dwójką najmłodszych. Po godzinie widzę, że Marysia w szkółce zdjęła nartki i usiadła z boku. Marudzi, jest zmęczona. Gdy ją pocieszam, jeszcze parę razy zjeżdża.

Dwunasta, koniec lekcji. Dzieci są zmęczone i głodne. Postanawiamy nie jeść na stoku, tylko w hotelu (tu nie płacimy). Po obiedzie mamy kładą czwórkę maluchów do łóżek, a tatusiowie jadą z Jasiem na narty - już na większą górę.

Region ma cztery przyzwoite ośrodki: prócz znanego nam najmniejszego Buchensteinwandu, średnie Steinplatte i Fieberbrunn (po 35 km tras) i największy St. Johann (50 km). Wybraliśmy Steinplatte, 7 km na północ od hotelu, tuż przy granicy z Niemcami. Przekonaliśmy się, że to porządna góra. Wysoka na ponad 2000 m, bardzo trudna, pełna muld czarna trasa oraz wiele czerwonych - chwilami wąskich, trudnych, częściej szerokich, idealnych do szybkiej jazdy carvingowej. No i kilka łatwych i miłych niebieskich. Do ośrodka wjeżdża się z dołu kolejką linową, potem jest wiele dobrze połączonych krzesełek (nawet ośmioosobowych).

Wracamy przed 17. Te dwie godziny nart to było to!

Przy kolacji ustalamy, że dzieci będą na śniegu w Bobo-Parku tylko do południa, potem z dwójką dorosłych idą na obiad i spać. Rezygnujemy ze szkółki dla średniaków - jest dla naszych czterolatków bez języka jeszcze zbyt trudna i za droga (50 euro dziennie). Robimy listę dyżurów na następne dni. Z reguły każdy ma pół dnia z dziećmi, pół nart, ale są też dni narty-narty i dzieci-dzieci.

Nazajutrz to żony poznają wysokie góry. Pogoda dobra. Owszem, trzeba się chwilami spieszyć, by sprawnie lawirować autem między małą górą z Bobo-Parkiem, wyższymi górami do jeżdżenia a hotelem (raz czy dwa pomaga nam skibus krążący między ośrodkami Pillerseetal). Ale my szusujemy, a dzieci są szczęśliwe. Czy nie o to chodziło?

Dzień 5. Śnieg

Napadało przez noc pół metra, ledwo wydostajemy auto spod zaspy. W dodatku pada dalej, wiatr, zimno. Małe dzieci zostają w hotelu z Kasią, Jaś z trójką dorosłych rusza na wyprawę w głęboki śnieg, zadymkę i mróz. Steinplatte nie do poznania - narciarzy może 300, większość na herbacie z prądem w schronisku, czynne tylko cztery wyciągi. Trochę jeździmy w kopnym śniegu, choć chwilami trudno cokolwiek dostrzec. Po dwóch godzinach wracamy.

Mamy dziś czas, by pobawić się dziećmi, odkrywamy bilard i proste gry komputerowe dla czterolatków.

Hotel, owszem, proponuje opiekę nad dziećmi, ale to nie dla nas - tych poniżej trzech lat i tak nie można tu zostawić, samych czterolatków nie ma sensu oddzielać, no i jeszcze ta bariera językowa...

Wieczorem postanawiamy wybrać się do tyrolskiej knajpy. Co prawda jedzenie w hotelu jest w porządku, ale większość potraw smakuje tak samo w podobnych miejscach na Cyprze czy w Polsce... (Co wynikło z tyrolskich eskapad kulinarnych - czytaj tekst Agnieszki obok.)

Dzień 6. i 7. Choroba

Niestety, dziewczynki kaszlą, Marysia ma gorączkę, Zosię boli ucho. Noc niemal bezsenna. - Czemu takie sprawy zawsze przytrafiają się w wakacje? - jęczę. Kasia ripostuje: - A nie mówiłam, że nic z tego nie będzie...

Mamy już teraz trzy grupy: nasze chore dziewczynki zostają w hotelu z jednym dorosłym, zdrowi Kajtek i Tonia z drugim spędzają pół dnia na stoku. Reszta (zmieniając się) jeździ. Kolejny ośrodek Pillerseetal, Fieberbrunn, jest również miły, duża różnorodność tras (35 km), od śnieżnych kotłów do szerokiej, łatwej trasy czerwonej dla takich, co jeszcze się szkolą.

Męczy nas już organizacja przejazdów, wymian dyżurów z dziećmi... Jesteśmy w coraz większym biegu. Wieczorem, po kolacji i basenie (uff, jak świetnie, że jest!) padamy na łóżka, nie mając nawet dość siły, by otworzyć butelkę wina.

Dzień 8. Do domu

Rankiem tatusiowie wymykają się jeszcze na dwugodzinne narty do Sankt Johann. To już poza doliną Pillerseetal, ale niedaleko (20 km), ski-pass ten sam, a ośrodek naprawdę spory, ponad 50 km tras. W tym kilka naprawdę świetnych - szerokich, średnio trudnych, długo można jechać carvingiem, dopóki starczy sił i tchu...

Powrót do Polski przebiega sprawniej. Krótkie oczekiwanie na lotnisku w Salzburgu uprzyjemnia dorosłym promocja nalewki Stroh, a dzieciom zjeżdżalnia, na której przepychają się z małymi Rosjanami. Widać tylko najmężniejsze narody wyprawiają się na narty w Alpy z małymi dziećmi...



PS Wnioski mamy różne. Marcin: Mimo trudności warto było. Owszem, był pośpiech, noszenie dzieci, chwilami nerwy, pieniędzy wydaliśmy też więcej, niż zamierzaliśmy. Ale jednak na nartach pojeździliśmy, dzieci bawiły się dobrze (dopóki część nie zachorowała), były ze sobą, na świeżym powietrzu, w pokoju zabaw i na basenie. Średnie liznęły nart...

Kasia: Góry piękne, zima w Alpach cudowna, wspólny wyjazd z przyjaciółmi fajna rzecz. Ale takie bobasy już po pół godzinie na śniegu są zmęczone, marudzą albo natychmiast wołają siusiu (najpierw zaś trzeba je ubrać, wysmarować, pozapinać). A nasze dziewczynki chorowały przez następny tydzień. Drugi raz bym się na to nie zdecydowała. Poczekajmy, aż dzieci podrosną.

Trochę cen

Wydatki rodziny dwa plus dwa za tydzień:

Bilety SkyEurope Warszawa-Salzburg-Warszawa - 2400 zł (kupno miesiąc przed odlotem, wcześniej byłoby taniej) plus 15 euro za parę nart

Hotel Pillerseehof - 910 euro (all inclusive)

Wynajem samochodu - 370 euro (z fotelikami dla dzieci)

Karnety - 240 euro (jeden 160, kupiliśmy trzy na cztery dorosłe osoby, bo nigdy nie jeździliśmy wszyscy razem)

Benzyna, drobne wydatki na stoku - 100 euro

Duża kolacja w restauracji dla czworga dorosłych i pięciorga dzieci - 120-130 euro (niekonieczne, bo w hotelu wszystko jest w cenie)

W sieci

http://www.pillerseetal.at

http://www.tirol.at

http://www.austria.info